Misja Komodo

Fot. Anna Myrcha
Głos nawołującego muezzina zatrzymuje czas. Wszystko staje w miejscu- myśli, sprawunki, podróż. Dobrze pamiętam tamte momenty. Niektóre chciałoby się utrwalić na zawsze. Poranki w Indonezji to przenikanie się różnych odgłosów. Pianie koguta przeplata się z donośnym głosem muezzina. Miasto budzi się do życia. Jest wcześnie. Ruszamy na jedną z najwspanialszych wypraw i to chyba nie tylko w czasie tej podróży. Przed nami cztery wspaniałe dni. Dni, które spędzimy pływając po morzach i oceanach archipelagu Małych Wysp Sundajskich Wschodnich, będziemy tam gdzie łączą się wzburzone wody Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Zobaczymy wspaniałe wyspy, odwiedzimy Komodo, Rincę, bajkowe plaże. Będziemy podziwiać cuda natury, unikalną faunę i florę.

Podróż rozpoczynamy w Labuan Bajo dokąd przylecieliśmy małym śmigłowcem. Lot był wspaniały, lecieliśmy nisko obserwując przesuwające się pod nami krajobrazy. Malownicze górzyste wyspy, małe niezamieszkałe wysepki, turkusowe morze, zatoczki, bujną roślinność i pomarańczowe skały.

W Labuan wsiedliśmy na wyczarterowaną łódź, która służyła nam za dom przez następne dni.


My i czteroosobowa załoga naszej łodzi. Ruszamy. Kapitan Jay, pełniący również rolę kucharza, dwóch pomocników oraz nasz przewodnik Christoph.


Otaczają nas wspaniałe widoki. Bezkres oceanów, urzekające krajobrazy.
Wieczór. Na horyzoncie feria barw. Podziwiamy słońce chowające się za rozrzucone po okolicy wyspy. Tafla wody nabiera pomarańczowo - purpurowych odcieni. Płonące niebo pochłania kolejne połacie błękitu. Ubarwiają je magicznie skonstruowane formacje chmur.
Obserwujemy przepiękny zachód słońca nad mangrowym lasem. W skupieniu patrzymy jak tysiące nietoperzy wraz z nadejściem nocy opuszczają schronienie w lesie i przelatują tuż nad naszymi głowami udając się na kolejną wyspę.

Śpimy na łodzi. A to naprawdę jest coś! Po gorącym dniu noce są miłą odmianą. Po upale nie ma już śladu. Wieczór nadchodzi nagle, w ciągu kilku chwil robi się ciemno i nastaje noc.
Leżymy w kajucie i obserwujemy przez otwarte drzwi i okna rozgwieżdżone niebo. Jest niesamowite, nigdy wcześniej nie widziałam tak pięknych gwiazd. Wydaje się, że jest ich wielokrotnie więcej niż gdziekolwiek indziej. Otacza nas całkowita ciemność i jedynie księżyc rozprasza nieco zmrok.
Noce spędzamy na morzu. Nie zawijamy do portów. Kapitan zna te okolice jak własną kieszeń, cumujemy w zatokach, niekiedy rzucamy kotwicę na otwartym morzu. Przeważnie jesteśmy zupełnie sami, czasem w okolicy cumują inne łodzie, dwie, trzy, nie więcej.

Leżę na koi i wpatruję się w niebo. Wielka Niedźwiedzica, Mała Niedźwiedzica, Kasjopea, Krzyż Południa, widzę je tak wyraźnie po raz pierwszy. Wydają się być na wyciagnięcie ręki.
Nigdy tak nie kontemplowałam nieba pełnego gwiazd. I ta cisza. Absolutna, niemalże niczym nie zmącona. Dochodzą do nas jedynie ciche odgłosy morza, czasem plusk, głośniejszy chlupot. Morze żyje, otacza nas i fascynuje tajemniczymi głosami.

Płyniemy w stronę Rinci. To tam czeka nas pierwsze spotkanie z waranami. Mamy taką nadzieję, bo przecież gwarancji brak. Wiemy to. To " wild life", powtarza nam przewodnik aż do znudzenia. Stara się nas uprzedzić, że możemy się rozczarować i nie spotkać wymarzonych Smoków z Komodo. Jest pora sucha, panują ogromne upały, zwierzęta mniej polują, rzadziej wychodzą ze swoich nor, a jeśli to robią to raczej wieczorami, gdy jest już chłodniej. Ale my jesteśmy przekonani, że dane nam będzie obejrzeć te wspaniałe gady. Naoglądaliśmy się zdjeć i liczyliśmy na spotkanie z największymi na świecie jaszczurkami.

Warany mogą osiągać nawet 3 metry długości, są niezwykle szybkie, patrząc na ich rozmiary i budowę aż trudno wyobrazić sobie jak są sprawne, również czujne i agresywne. Smoki z Komodo to kanibale. Samice pożerają własne dzieci, polują niemalże od urodzenia. Mimo, że potrafią poruszać się z prędkością nawet 20 km/h to ich ulubioną metodą polowania jest nieruchome oczekiwanie w trawie na przechodzące obok zwierzęta. Może to być szczur, małpa czy bawół błotny. Nie ważne, że niektóre z nich są większe i silniejsze niż smoki. Raz ugryzione zostają zainfekowane bakteriami znajdującymi się w paszczy smoka. Śmierć jest nieuchronna, przychodzi powoli. Warany podążają za konającą ofiarą czekając na jej śmierć. Trwa to około tygodnia, aż ukąszona ofiara pada. Smok już czeka i następuje uczta. Szybko zjawia się cała grupa waranów zwabiona zapachem krwi. Zgodnie z hierarchią przystępują do rozszarpywania zwierzęcia. W przypadku bawoła trwa to 2-3 dni.
Byliśmy ich bardzo ciekawi.


Zwierzęta te żyją w Parku Narodowym Komodo utworzonym na wyspach Komodo i Rinca oraz na kilku mniejszych. Ten endemiczny gatunek nie występuje nigdzie indziej na świecie. Warany w środowisku naturalnym można spotkać jedynie tu. Park Narodowy Komodo powstał w 1980 roku. W 1990 roku został wpisany na światową listę dziedzictwa UNESCO. To unikalne miejsce jest w 80% porośnięte lasem tropikalnym, żyją tu tysiące gatunków zwierząt - ssaków, gadów, płazów i ptaków. I właśnie Smok z Komodo.


Na Rincę przypłynęliśmy wcześnie rano. Zacumowaliśmy w małej przystani i witani przez zastępy małpek baraszkujących w zaroślach nieopodal portu, udaliśmy się na poszukiwanie waranów i eksplorowanie wyspy.
To był wspaniały dzień. Przydzielono nam przewodnika - rangera, który miał przez cały czas czuwać nad nami. Przedstawił nam zasady obowiązujące podczas zwiedzania Parku. Wybraliśmy trasę, którą zamierzaliśmy przejść. Najdłuższą z możliwych. Ruszyliśmy.
Otaczały nas wspaniałe krajobrazy, piękne widoki, droga wiła się to w górę to w dół, przechodziliśmy przez tropikalny las, maszerowaliśmy po wzgórzach i pagórkach podziwiając połyskujące w oddali morze. Ale nie widoki były tu najważniejsze, czekaliśmy na spotkanie z waranami.

I udało się. Zobaczyliśmy te wspaniałe, imponujące gady kilkukrotnie. W gąszczu zarośli, wygrzewające się w gorącym, tropikalnym słońcu, sunące do wodopoju, umykające przed naszym wzrokiem głęboko w tropikalnym lesie. Trzeba przyznać, że robią wrażenie i zrobiły też na nas. Są imponujące, ogromne, przypominają prehistoryczne stwory, które jakimś cudem przetrwały do naszych czasów.
Udało nam się również zrobić kilka naprawdę wspaniałych zdjęć. Również przewodnik uwiecznił nas na zdjęciach z waranami. Mamy pamiątki, mamy przeżycia, wspaniałe spędziliśmy czas napawając się widokami, obserwując rownież inne zwierzęta, jelenie, bawoły, małpy, najróżniejsze ptactwo i niesamowitą przyrodę.

A cały czas przecież mieliśmy świadomość, że to nie koniec naszej przygody z waranami. Następnego dnia płynęliśmy na Komodo gdzie rownież zamierzaliśmy spotkać te niesamowite gady.
I tak się stało. Różne są opinie dotyczące możliwości spotkania waranów na Komodo. Niektórzy twierdzą, ż właśnie tu łatwiej o nie, ponieważ na Komodo jest ich więcej, ale rownież wyspa jest dużo większa od Rinci, gdzie populacja Smoków jest mniejsza, ale tereny które zamieszkują są zdecydowanie mniejsze. Liczyliśmy na łut szczęścia. I tym razem rownież się udało. Choć był moment, że zaczęliśmy tracić nadzieję. Nasz trekking trwał już naprawdę długo, było gorąco, a my byliśmy zmęczeni, a waranów nigdzie nie było widać. Podziwialiśmy inne zwierzęta, wspaniałą przyrodę, przewodnik przytaczał ciekawe opowieści przyrodnicze, czas płynął, a my powoli traciliśmy nadzieję. I znowu nam się udało. Tuż przed nami z ogromnej nory, ukrytej pod skarpą wypełzł ogromny waran. Zdradził go głośny szelest liści, które w tym miejscu szczelnie okrywały ziemię. " To samiec"- poinformował nas przewodnik i wszyscy ruszyliśmy za nim. Nie było to łatwe, gdyż poruszał się bardzo szybko, wręcz nadspodziewanie szybko, ruszył w gęsty las i największe zarośla. My jednak nie dawaliśmy za wygraną i ku niezadowoleniu naszego rangera ( zdecydowanie zeszliśmy ze szlaku) gnaliśmy w pościgu za gadem. Waran w pewnym momencie zatrzymał się i zastygł w bezruchu. Ujrzeliśmy go w pełnej krasie. Zachęceni chcieliśmy podejść jeszcze bliżej, ale strażnik powstrzymał nas ostrzegając przed ewentualnym atakiem. Widowiskowo łapał się za głowę, gestykulował, robił co mógł aby zniechęcić nas do zbliżania się do warana. Sam wyposażony jedynie w długi, rozwarty na końcu kij asekurował nas i energicznie namawiał do powrotu na szlak. Po zrobieniu serii zdjęć posłusznie udaliśmy się w drogę powrotną.


Jeszcze raz tego dnia mieliśmy okazję spotkać warany. I to kilka. Zwabione zapachami z kuchni strażników, z nadzieją na łatwe pożywienie, warany dość często udają się w rejony zabudowań, w których mieszka obsługa parku, głównie strażnicy. Oczywiście dużo bardziej spektakularnym widokiem są Smoki z Komodo oglądane w ich naturalnym, dzikim środowisku, pośród drzew, przy wodopoju, tak jak nam udało się je obserwować. Jednak jak wiemy nie każdy ma to szczęście, czasem więc widok waranów węszących wokół drewnianych domków to spełnienie marzeń dla tych, którzy w czasie kilkugodzinnego marszu nie mieli okazji podziwiać tych niesamowitych gadów. Tym bardziej, że tego dnia było ich sporo. Jako, że wiedzieliśmy, z opowieści przewodnika, ze warany są samotnikami i rzadko przebywają w parach, chyba, że w okresie godowym, zaskoczył nas widok mocujących się dwóch potężnych samców. Jak wyjaśnił nam przewodnik trwała walka o dominację, młody osobnik próbował zdominować dużo starszego. Walka trwała dość długo, a samce wydawały z siebie groźne odgłosy.

Mieliśmy jeszcze okazję obserwować kilka innych waranów wałęsających się po okolicy, kilka młodych samców i samic. Choć zdawaliśmy sobie sprawę, ze zostały tu zwabione zapachami to ich widok na tle morza, sunących w zachodzącym słońcu był niesamowity.

W pełni usatysfakcjonowani wróciliśmy na łódź, gotowi na kolejne wyzwania i otwarci na nowe atrakcje. A jak się wkrótce okazało było na co czekać.

Następnego dnia czekała nas wycieczka na niesamowitą, pustą Pink Beach, w planach było kolejne snurkowanie na rafie. Bajecznie kolorowe życie na rafie jak zwykle zachwycało i oszałamiało różnorodnością.


Gdy cumowaliśmy na wyspie, na której z drugiej strony znajdowała się bajeczna różowa plaża nasz statek był jedynym w malowniczej zatoczce. Widoki były urzekające. Turkusowa, kryształowa woda, piękne, złote plaże i całkowita pustka. Wokół nas nie było nikogo, byliśmy zupełnie sami! Sytuacja praktycznie niespotykana w Europie.


Spędziliśmy na tej wspaniałej wyspie wiele godzin pływając, wylegując się na piasku, podziwiając okolicę z punktu widokowego, na który trzeba było wspiąć się kilkadziesiąt metrów na pobliską górę. Jednak widok, który ujrzeliśmy wart był tego wysiłku w dwójnasób. Po wejściu na szczyt ukazała się nam magiczna panorama. Ujrzeliśmy wspaniały widok- trzy malownicze zatoki zagubione wśród skał i gór i bajeczne plaże skąpane w słońcu. Długo nie mogliśmy oderwać oczu.

Póżniej ruszyliśmy na Pink Beach. Miejsce to wzięło swoją nazwę od zabarwienia piasku, który kolor zawdzięcza drobinkom rafy koralowej. W morzu znajduje się potężna, czerwona rafa koralowa. Wypłukiwana przez setki lat zabarwiła piasek na niesamowity kolor. Można było znaleść tam wspaniałe okazy rzadkiej, rubinowo czerwonej rafy wyrzuconej przez morze na piasek. Jaka szkoda, że nie można było jej zabrać do Polski!


Następnego dnia kapitan Jay przeszedł samego siebie. Zaserwował nam przepyszne jedzenie- świeżuteńkie owoce morze, aromatyczny tempeh, wspaniałe Nasi Goreng i zaproponował przeżycie niesamowitej przygody.
Jako, że był bezwietrzny dzień i morze było spokojne popłynęliśmy w miejsce gdzie można spotkać ogromne płaszczki. Zwierzęta te nie lubią wietrznej pogody i zmąconej wody, była wiec duża szansa, ze zobaczymy je i będziemy mieli okazję z nimi popływać. Początkowo, gdy Jay zaproponował nam kąpiel z mantami myślałam, że to żart.
Przypomniał mi się śmiertelny wypadek znanego przyrodnika i dziennikarza, "łowcy krokodyli" Steva Irvina, który po niefortunnym spotkaniu z płaszczką ugodzony kolcem w klatkę piersiową wkrótce zmarł. Irvin nurkował na Wielkiej Rafie Koralowej w Australii gdzie filmował podwodny świat. Eksperci są zgodni, że tego typu zdarzenia należą do rzadkości. Był to dopiero trzeci zanotowany w Australii przypadek śmiertelnego ataku płaszczki, które z natury są łagodnymi zwierzętami. Dlaczego więc doszło do ataku? Nie wiadomo, badania cały czas trwają.

Okazało się, że to poważna propozycja i sam kapitan wraz z Chrisem szykują się na tę przyjemność. Moje rozmyślania przerwały krzyki. Mieliśmy szczęście. Nadpływały manty. I to cała ławica. Były piękne, ogromne, okazałe. W kryształowej wodzie wydawało się, że są na wyciagnięcie ręki, pływały tuż pod powierzchnią wody co chwilę wynurzając się ponad nią. Wyglądały wspaniale, lśniły w słońcu. Ogromne, czarne stwory, opływały statek dookoła, łączyły się w grupy i odłączały by podpływać pod burtę, a następnie znikać w głębinach pod statkiem, albo wynurzać się z drugiej strony.

Wskoczyliśmy do morza. Płaszczki nic sobie nie robiły z naszej obecności w wodzie, przebywanie w wodzie ludzi nie interesowało ich w najmniejszym stopniu. Po chwili, skupieni na tych wspaniałych zwierzętach zupełnie zapomnieliśmy o naszym strachu i skoncentrowani jedynie na przyjemności obcowania z mantami pływaliśmy napawając się kontaktem i bliskością płaszczek. Niesamowite przeżycie. Były naprawdę piękne!


Nasz rejs powoli zbliżał się do końca. Spędziliśmy tu cztery wspaniałe dni, dni pełne wrażeń i niezapomnianych chwil. Przed nami kolejne wyzwania. Podróże trwają...Ale chciałabym tu jeszcze kiedyś wrócić.
Trwa ładowanie komentarzy...