Miejsce magiczne. Indonezyjska wyspa Flores

Tradycyjna wioska Luba. Flores, Indonezja.
Tradycyjna wioska Luba. Flores, Indonezja. Fot. Anna Myrcha
Nie tylko Flores, ale cała Indonezja to miejsce magiczne. Tak dosłownie i w przenośni. Wszystko jest podszyte magią i magią często tłumaczone. Magią się leczy, uzdrawia, tłumaczy wiele spraw. Dzieje się to w oderwaniu od religii, a przecież Indonezja jest krajem, gdzie każdy wyznaje jakąś religię. A mimo to magia trzyma się mocno.

Łacińska nazwa Flores została nadana wyspie w XVI wieku przez Portugalczyków i oznacza - Wyspę Kwiatów. Również religia jest spuścizną po Portugalczykach. Flores to wyspa katolicka. Tak jak Bali jest kroplą hinduizmu, tak Flores kroplą katolicyzmu w tym w większości muzułmańskim archipelagu jakim jest Indonezja. Toż to największy na świecie kraj muzułmański.

Wiara, wierzenia, wszystko to jest wymieszane w przeciekawy sposób ze starymi zwyczajami, wierzeniami animistycznymi. Mieszkańcy wyspy godzą te różne systemy bez najmniejszego kłopotu, nie widząc w tym żadnego problemu. W odwiedzanych przez nas wioskach widzieliśmy kościoły, kaplice, a także ołtarze do składania ofiar. Na domach wiszą amulety, odprawiane są rożnego rodzaju rytuały.
Przy domostwach nie raz mogliśmy obejrzeć katolickie groby, a obok animistyczne mogiły. Dla mieszkańców najważniejsza jest stała obecność przodków, czy to w postaci chrześcijańskich grobów, czy tradycyjnych totemów.

Flores jest dość trudno dostępna. Przez całą wyspę prowadzi tylko jedna droga i to właśnie głównie wzdłuż niej poruszaliśmy się, choć nie tylko.

Nasza przygoda z Flores rozpoczęła się w Labuan Bajo. To portowe miasteczko, które jest bramą do Komodo, Flores, Rinci. To właśnie tu na małe lotnisko przylecieliśmy z Denpasar na Bali, aby spędzić kilka niezapomnianych dni pływając po morzach, odwiedzając Narodowy Park Komodo( ale o tej części podróży napiszę poźniej) i to właśnie stąd po powrocie z rejsu ruszyliśmy eksplorować wyspę.

Flores jest bardzo ciekawe, ponieważ wyspa nie jest skansenem, płynie tam prawdziwe życie. Wioski są piękne, tradycyjne, stare, nawet kilkusetletnie, często położone tak pięknie, że aż zapiera dech w piersiach, nie rzadko trudno dostępne. Wciąż trwają w nich stare obrzędy i tańce. Mieszkańcy trudnią się rolnictwem, wyrabiają piękne rękodzieło. Wioski rozsiane są po całej Flores, do niektórych trzeba iść czasem nawet kilka godzin przez dżunglę, bambusowe lasy i te z pewnością są najciekawsze.

My odwiedziliśmy kilka z nich. Największe wrażenie zrobiła na nas tradycyjna wioska Luba gdzie żyje lud Ngada. Obejrzeliśmy tam dwa rodzaje chat- żeńskie i męskie. W wiosce obowiązuje matriarchat. Kobiety dominują w społeczeństwie, o wszystkim decydują.

Przyglądamy się im siedzącym na schodkach, tkajacym, żującym betel. Są pogodne, uśmiechnięte, choć życie tu nie jest łatwe. Na werandach tradycyjnych chat powiewają barwne, ręcznie tkane ikaty.
Powoli przechadzamy się po wiosce, panuje tu niesamowita atmosfera, cisza, spokój, którą zakłucają jedynie radosne odgłosy bawiących się dzieci, czy kwik świń trzymanych w bambusowych zagrodach za chatami.

Otaczają nas piękne widoki. Wokół góry, wygasłe wulkany, a wszystko porośnięte gęstym bambusowym lasem i wysokimi palmami. Udajemy się na punkt widokowy położony na końcu wioski. Roztacza się z niego cudowna panorama. Wierzchołki gór majaczą w oddali spowite mgłą, a soczysto zielone lasy urzekają barwami. Odpoczywamy chwilę i ruszamy dalej.


Tym razem jedziemy do gorących źródeł Malange, rozkoszować się kąpielą i wypoczynkiem u podnóża gór. Gorąca woda, lekko pachnąca siarką wypływa z górskiego źródła tuż koło potoku. Wody łączą się w jeden spieniony strumień, spływają po kamieniach i wypełniają naturalne tarasy. Wybieramy jeden z tarasów i w mocno ciepłej wodzie zasiadamy zanurzeni po szyję.
Było przyjemnie ciepło, powoli nadciągał wieczór. Spędziliśmy tam sporo czasu ciesząc się kąpielą, ciepłą wodą i otaczającymi nas widokami. Nad nami szumiał las, a wieczorny już chłodniejszy wiatr przynosił orzeźwienie.
Następny dzień jest również pełen wrażeń. Obserwujemy wspaniałe widoki przez okno samochodu, którym zwiedzamy wyspę. Są urzekająco piękne. Wspaniałe tarasowe plantacje ryżu, krajobrazy górskie, majestatyczne wulkany, cudowna przyroda.


Udajemy się do wodospadu Cunca Rami. Droga okazuje się nie do pokonania samochodem. Jest stromo, szosa jest pełna dziur, a po chwili zamienia się w piaszczysto kamienistą trasę. Opuszczamy samochód, który z lekką pomocą wreszcie daje radę pokonać kolejny podjazd.
A my ruszamy do wodospadu. Towarzyszy nam nasz przewodnik i kobieta z pobliskiej wioski. Taki jest tu zwyczaj. Nie protestujemy. Droga okazuje się być dużo dłuższa niż sie spodziewaliśmy.
Prowadzi stromą kamienistą ścieżką przez gęsty las. Jest duszno, wilgotno i bardzo gorąco. Po długiej wspinaczce docieramy do pół ryżowych. Miedzami, aby nie zamoczyć nóg pomykamy dalej i dalej. Jeszcze tylko strumień, który przeskakujemy po kamieniach, kolejne pole, następna góra porośnięta gęsto drzewami, na których rosną orzechy macadamia i po godzinie jesteśmy u celu. Przed nami wodospad Cunca Rami. Dojście do niego rownież nie jest najłatwiejsze. Skaczemy z głazu na głaz i wreszcie możemy się cieszyć widokiem wodospadu i wykąpać w górskim, chłodnym jeziorku u jego podnórza. Spędzamy tu trochę czasu. Pływamy, odpoczywamy. Oprócz nas jest kilkoro Włochów i Australijczyków, ale tłoku zupełnie nie ma
.
Po powrocie do wioski nasza miła towarzyszka zaprasza nas do swojej chaty. Wszyscy są tu nami mocno zainteresowani, a gdy dowiadują się, że jesteśmy z Polski, są naprawdę uradowani.
- Polandia, Polandia - wszyscy powtarzają z uśmiechem na ustach i pokazują na nas.

Dowiadujemy się, że niedaleko mieszka polski ksiądz - misjonarz, który od lat pomaga okolicznej ludności. Widzimy na ścianie plakat przedstawiający JPII.
Powoli do chaty schodzi się coraz więcej ludzi, dzieci, kobiety, nie tylko jej mieszkańcy, ale rownież sąsiedzi i znajomi. Zostajemy poczęstowani kawą i tutejszym tradycyjnym daniem - maniokiem z syropem palmowym. No cóż, oryginalny smak, ale nie zostaliśmy fanami tej potrawy. Po zrobieniu kilku wspólnych zdjeć opuszczamy gościnną wioskę.

Ruszamy dalej. Po drodze zatrzymujemy się wielokrotnie. Oglądamy wspaniałe krajobrazy, wiszące nad rzekami mostki, wspaniałe, soczysto zielone pola ryżowe w najróżniejszych kształtach i konfiguracjach, imponujące wulkany, bambusowe lasy, plantacje kawy.


Rejon Cancar słynie z pół ryżowych ułożonych na kształt pajęczej sieci. Tradycję podziału gruntów w formie pajęczyny lata temu rozpoczęli Manggarajowie, członkowie jednej z grup etnicznych. Centralnym punktem takich tarasów jest mały słupek nazwany teno, gdzie według lokalnych wierzeń rezydują święte dusze - mori kraeng.

Trafiamy również do "zakładu" produkującego arak. To lokalny alkohol wytwarzany z soku palmy kokosowej. Sposób produkcji jest prosty, najtrudniejsze jest zebranie mleczka z młodych pędów palmy. Mleczko jest poddawane fermentacji, a następnie przepuszczane przez instalację złożoną z metalowej beczki, paleniska i długiego kawałka bambusa. Cała instalacja prezentuje się bardzo archaicznie, ale robi na nas piorunujące wrażenie.
Wydaje się jak byśmy cofnęli się o conajmniej 100 lat. Urządzenia znajdują się na wolnym powietrzu, są jedynie zadaszone konstrukcją opartą na bambusowych palach. To zreszta zrozumiałe, żar panujący w środku jest tak ogromny, że nawet przy braku ścian trudno jest nam wytrzymać tam dłużej niż kilka minut. Z paleniska bucha żar, a unoszące się wokół opary alkoholu plus panujący na zewnątrz upał tworzą dla nas mieszankę nie do przeskoczenia. Jednak zwycięża ciekawość. Decydujemy się na degustację araku. Jest mocny, choć nie aż tak jak się spodziewaliśmy i ciepły, ale całkowicie przejrzysty. Przywodzi na myśl nasz bimber, choć wydaje się być bardziej aromatyczny. To ostatnia, najlepsza frakcja, po trzykrotnej destylacji. Kupujemy dwie butelki i ruszamy dalej.

Kolejną noc spędzamy już w wysoko położonej miejscowości Moni. To malutkie miasteczko, które stanowi bazę wypadową do jednej z największych atrakcji Flores, którą są trzy różnokolorowe jeziora Kelimutu.
Kelimutu to wygasły wulkan tarczowy. W jego podzielonym na mniejsze fragmenty ogromnym kraterze leżą trzy różnokolorowe, niezwykle malownicze jeziora, położone obok siebie.
Jeziora zmieniają swoją barwę i uznawane są przez okoliczną ludność za miejsce spoczynku dusz zmarłych.


Cały obszar należy do Parku Narodowego Kelimutu . Kelimutu oznacza "wrzące jezioro" co zawdzięcza podwodnym fumarolom ( wyziewom wulkanicznym). To wydzielające się gazy i zachodzące na ich skutek w skałach i w wodzie reakcje chemiczne sprawiają, że tutejsze jeziora mają różny kolor, chociaż znajdują się na tym samym szczycie.
Co więcej, jeziora zmieniają barwę w sposób zupełnie nieprzewidywalny. Raz są błękitne, raz zielone, a kiedy indziej brązowe, czerwone lub białe. Wszystko zależy od ilości i rodzaju wydzielanych przez wulkan związków chemicznych.
Zaś według wierzeń za zmianę kolorów odpowiedzialne są przebywające w głębinach dusze zmarłych. Najbardziej na zachód położone jezioro nosi nazwę Tiwu Ata Mbupu - Jezioro Starych Ludzi, środkowe Tiwu Nuwa Muri Koo Fai - Jezioro Chłopców i Dziewcząt, a wschodnie, zawsze o czarnej barwie, Tiwu Ata Polo - Jezioro Złych Duchów.

Wyruszyliśmy z Moni na długo przed świtem. Była jeszcze noc gdy wysiedliśmy z samochodu na dużym, prawie pustym parkingu u podnóża wulkanu. Rozpoczęliśmy trekking całkiem po ciemku, uzbrojeni w latarki. Chcieliśmy koniecznie zdążyć na szczyt przed świtem, aby obejrzeć wschód słońca nad Kelimutu. Warto wybrać się wcześnie również z powodu mgieł, które bardzo często po wschodzie słońca spowijają okolicę uniemożliwiając podziwianie jezior.

Droga początkowo była dość płaska jednak po jakimś czasie zaczęła coraz ostrzej piąć się w górę. Byliśmy zmuszeni przyspieszyć naszą wspinaczkę - nadchodził świt. Było chłodno i wietrznie. Mijaliśmy niewiele osób spieszących na szczyt. Było pustawo.
Dotarliśmy na miejsce tuż przed wschodem słońca. Tego dnia pogoda była bardzo dobra, a co za tym idzie widoczność także była znakomita - ani śladu tak często obecnych tu mgieł.

Widoki były oszałamiające. Zauroczeni przyglądaliśmy się jak słońce powoli wychodzi się zza horyzontu oświetlając coraz mocniejszymi promieniami wyłaniające się z ciemności jeziora Kelimutu.

Tego dnia Jezioro Starych Ludzi miało przepiękny mleczno turkusowy kolor, zaś środkowe było szmaragdowo - zielone. Spędziliśmy na górze ponad godzinę, podziwiając okolicę, fotografując przepiękne widoki i racząc się pyszną herbatą imbirową oraz kawą sprzedawaną w okolicy punktu widokowego przez lokalnych "biznesmenów".

Wkrótce byliśmy już w Moni. Po śniadaniu odwiedziliśmy lokalny, barwny targ, gdzie sprzedawano warzywa, owoce, najróżniejsze artykuły przemysłowe, żywy drób, a także wzorzyste sarongi, ikaty.

Niedługo potem ruszyliśmy do Ende, skąd wkrótce mieliśmy odlecieć do Denpasar na Bali.
To już ostatni etap naszej podróży po Flores. Mieliśmy do przejechania ok.150 km, jednak droga była kręta, położona na dużej wysokości i przede wszystkim w trakcie przebudowy - rozkopana, rozjeżdżona, często obowiązywał ruch wahadłowy. Podróż ciągnęła się niemiłosiernie, był upał, a przestoje trwały w nieskończoność. Niestety, drogi to nie jest mocna strona Flores, ale ciężko nad nimi pracują.
Może za kilka lat gdy znów zawitamy na piękną Wyspę Kwiatów już ten problem zniknie? Kto to wie...
Trwa ładowanie komentarzy...