O autorze
Jak ja bardzo lubię podróżować! Lubię wyjazdy, przeróżne, ale kocham powroty. Powroty do domu. Bo na szczęście zawsze mam do czego i kogo wracać. A to jest najważniejsze. Rodzina, dzieci, szczęśliwy dom. Jeszcze kilka lat temu powiedziałabym, Boże, jaki banał! Teraz tak nie myślę, po prostu wiem, ze tak jest - i już.
Podróże kocham. Myślę, że i pod tym względem mam wiele szczęścia. Jeżdżę od lat, we wspaniałe miejsca, ze wspaniałymi ludźmi - rodziną i przyjaciółmi. Planujemy wspólnie, spieramy się, dyskutujemy, wybieramy kolejne miejsca, szukamy biletów, przeglądamy hotele. Uwielbiam to.
Wspaniale jest mieć możliwość pokazywania świata swoim dzieciom. Podróżowaliśmy po wielu krajach, bliższych i dalszych. Pokochaliśmy dalekie podróże. Wspaniałe, niezapomniane Indie, niesamowite Zjednoczone Emiraty Arabskie, cudowny Wietnam, a przed chwilą Birma i Tajlandia. Podróż magiczna. Oby było ich jak najwięcej!

Singapur- idealna pocztówka z wakacji

Fot. Anna Myrcha
Przylecieliśmy! Jesteśmy! Pierwszy punkt naszej nowej wyprawy do Azji. Wybór jak najbardziej trafny. Singapur - Miasto Lwa. Nazwa Singapur pochodzi od dwóch sanskryckich słów : singa (lew) i pura (miasto).

Z nazwą Miasta- Lwa łączy się wiele legend. Jedna z nich opowiada o Merlionie - olbrzymim potworze o głowie lwa, ciele ryby i oczach ziejących ogniem, mieszkającym w głębinach oceanu otaczającego ląd, na którym wieki później zbudowany został Singapur. Upodobał on sobie mieszkańców tych ziem i chronił ich spalając swym ognistym spojrzeniem wrogów próbujących dobić do brzegu. Pewnego dnia, gdy nad osadą rozpętała się potężna burza, pioruny roztrzaskiwały domy, a strugi wody zalewały wioskę i wydawało się, że nie ma już nadziei, z kieli morskiej wyłonił się potwór i osłonił przerażonych ludzi własnym ciałem.
W ten oto sposób Merlion ocalił osadę, a wdzięczni mieszkańcy uczynili go symbolem miasta, które powstało na tych terenach i zaczęli stawiać mu pomniki. Kiedy więc w 2009 roku w jeden z nich uderzył piorun, wzbudziło to ogromny niepokój i strach u przesądnych Singapurczyków. Wręcz wróżono miastu upadek uznano to za jawny znak, że mityczny opiekun stracił swą moc. Singapur ma się jednak bardzo dobrze, więc może to nie Merlion stoi na straży spokoju i porządku tego niezwykłego miasta?

Ale równie często mozna usłyszeć, że określenie Miasto Lwa odnosi sie przede wszystkim do szybkiego i spektakularnego rozwoju Singapuru. Jego drapieżności i bezkompromisowości w dążeniu do bycia królem i dominantem w całej Azji. Myślę, ze jest w tym dużo prawdy choć zwyczajowo takie państwa nazywa sie -"tygrysami".....


Każdy szczegół w Singapurze jest dopracowany z ogromną precyzją, wszystko ze sobą współgra tworząc idealne państwo - miasto.
Miasto inne od wszystkich, które do tej pory miałam okazję obejrzeć w Azji, a było ich już sporo. Bogate, nowoczesne, zaraz po Japonii najbardziej rozwinięte państwo Azji. Czwarte finansowe centrum świata.
Singapurski port obsługuje drugą co do wielkošci ilość kontenerów na świecie (zaraz po Szanghaju). Gospodarka rozwija się świetnie, stopa bezrobocia to jedynie 3%, a co za tym idzie dochód na mieszkańca jest jednym z największych na świecie.
Singapur to państwo gwarantujące swoim mieszkańcom bardzo wysoki standard życia, wysoki poziom edukacji, kompletną służbę zdrowia, wysokie zarobki oraz...darmowy internet dla wszystkich mieszkańców.
Godne pozazdroszczenia? W pewnym stopniu na pewno, ale jak to w życiu bywa, nie ma nic za darmo.
Również w Singapurze istnieje druga strona tego idealnego wizerunku. Kraj tak szczodrze obdarowujący swoich mieszkańców oczekuje od nich pełnego oddania i posłuszeństwa.
Na każdym kroku ograniczenia, żelazne zasady nie do ominięcia.
Singapur to miejsce bardzo bezpieczne, szeroko omijane przez grupy przestępcze, zwłaszcza mafie narkotywe. Spacerowaliśmy wieczorami po najróżniejszych rejonach miasta, Little India, Chinatown i nigdy nie spotkała nas żadna nie miła sytuacja.

Za posiadanie oraz handel narkotykami grozi kara śmierci.
Zarówno obywatele jak i odwiedzający miasto turyści muszą się pilnować na każdym kroku. Za każde nawet najmniejsze wykroczenie grozi wysoki mandat. Przechodzenie na czerwonym świetle, spożywanie pożywienia oraz napojów w metrze, upuszczenie papierka na ulicy - to wszystko wiąże się z nałożeniem wysokiej grzywny- 1000 $! Chyba najbardziej kuriozalna jest kara za niespuszczenie wody w toalecie w wysokości 500 $. Jednak największą sławę zdobył zakaz posiadania oraz żucia gumy. Do Singapuru nie wolno wwieść nawet jednej gumy do żucia, a jest to uzasadniane przez rząd pewnym incydentem, który miał miejsce w przeszłości.
Ktoś, prawdopodobnie dla żartu zakleił w metrze czujniki - bardzo nowoczesnym, w pełni automatycznym i o ironię właśnie owa guma do żucia była w stanie sparaliżować jego pracę.
Kolejny argument władz, rzeczywiście jest bardzo przekonujący - to oszczędność budżetu przeznaczonego na czyszczenie ulic z przyklejonych, roztapiających się w tropikalnym słońcu gum.


Lista zakazów robi wrażenie, ale muszę przyznać, ze nie są one uciążliwe, nikt ich nie egzekwuje z przesadną wytrwałością. Jedyna nie miła niespodzianka jaka nas spotkała to konfiskata elektronicznego papierosa, znalezionego przy kontroli bagażu przed opuszczeniem lotniska. Tego nikt się nie spodziewał. Nie przyszło nam nawet do głowy, że taki przepis obowiązuje w Singapurze. No cóż, przeoczyliśmy ten jeden z wielu zakazów. Od nałożenia kary odstąpiono, ale papierosa zabrano - na szczęście doszukano sie tylko jednego z trzech posiadanych, wiec strata nie była bolesna.

Już jadąc z lotniska, oglądając miasto przez okno taksówki byliśmy po wrażeniem. Singapur to bardzo nowoczesne miasto- setki drapaczy chmur, nowoczesne budynki, zadbane, czyste ulice.


Zwiedzanie rozpoczęliśmy od obowiązkowego punktu - Sky Park znajdującego się na 56 piętrze wspaniałego, imponującego wieżowca Marina Bay Sands, składającego się z trzech wież, a zwieńczonego czymś w rodzaju łodzi.

Panorama, która roztacza się z tarasu widokowego jest niesamowita, widok ten jest wart każdych pieniędzy, szczególnie wieczorem, gdy promienie zachodzącego słońca roświetlają zatokę, port, a okoliczne wieżowce powoli rozbłyskują tysiącem świateł.


Oczywiście jeszcze niesamowite Gardens by the Bay. Futurystyczny kompleks ogrodowy zajmujący ponad 100 hektarów, również znajduje się nad Zatoką Marina. Zaprojektowany przez międzynarodowy zespół najlepszych architektów, inżynierów i ogrodnikow z 24 krajów zdaje się znajdować gdzieś w odległej przyszłości.
Już z daleka dostrzegliśmy finezyjne konstrukcje z betonu i stali, porośnięte bujną, tropikalna roślinnością, przywołujące na myśl drzewa z filmów science fiction. Najwieksze z nich maja po 50 metrów wysokości. Te niesamowite instalacje są nie tylko najwieksza ozdobą Gardens by the Bay, ale również ekologicznym sercem ogrodów, dostarczającym deszczówkę i energię elektryczną pozyskiwaną dzięki bateriom słonecznym. Są tu rownież dwie ogromne szklarnie, w których podziwiać można ponad 220 tysięcy gatunków roślin z całego świata, ze wszystkich stref klimatycznych globu. A wszystko to w szalonych kształtach i konstrukcjach.
Miejsce niesamowite rownież po zmroku, gdy rozpoczyna się spektakl światło i dźwięk. Drzewa rozbłyskują tysiącem róznokolorowych świateł, pulsują, mieniąc się w rytm muzyki. Widowisko jest niezwykle efektowne, choć nieco kiczowate, mimo wszystko robi piorunujące wrażenie. Zrobiło i na nas.



W Singapurze jest wiele miejsc zasługujących na obejrzenie i zdecydowanie tego wartych.
Chyba najciekawsze, a napewno najbardziej kolorowa i malownicza jest dzielnica Chinatown, która zachowała klimat miast chińskich. Warto przejść się wąskimi uliczkami przypominającymi bazar, przy których trafiliśmy na ciekawe, drewniane świątynie chińskie z najstarszą Tian Hock Keng czy może jeszcze ciekawszą Buddha Tooth Relic Temple połączoną z muzeum.

Również w Chinatown, zachowała się najstarsza, hinduistyczna światynia, urocza, niewielka Šri Mariamman z piękną wieżą ozdobioną tysiącem kolorowych rzeżb postaci ludzkich.
Niekiedy widok jest bardzo interesujący, gdyż zabytkowe świątynie mocno kontrastują z okolicą, w tle widzimy nowoczesne drapacze chmur, a po chwili zagłębiamy się w świat zadumy i modlitwy.


Z pewnością warto odwiedzić singapurskie ZOO, myślę, że jedno z najpiękniejszych i najlepiej zorganizowanych na świecie. Zwierzęta, choć w niewoli przebywają tam we wspaniałej scenerii, opływają w luksusy i wydają się być po prostu szczęśliwe.


Warto rownież wstąpić do Ogrodu Botanicznego, bo jak gdzieś przeczytałam kto chce zobaczyć przedsionek raju, a może i sam raj, niech odwiedzi Ogród Botaniczny w Singapurze. Miejsce wspaniałe. Można tu spędzić wiele godzin, a nawet dni i dalej odkrywać to miejsce. Cały obiekt zajmuje ponad 63 hektary i można tu zobaczyć niemalże wszystko co rośnie w tropikalnej dżungli, klimacie równikowym.

Ogród Botaniczny w Singapurze założyli Anglicy w XIX wieku. Od początku był placówką naukowo - badawczą i eksperymentalną. Prowadzono tu m.in badania nad uprawą kauczukowców, które przyczyniły się do rozwoju plantacji kauczukowych na Półwyspie Malajskim. Utworzono tu przepiękny Narodowy Ogród Orchidei, będący nie lada gratką dla miłośników tych wspaniałych kwiatów. Podobno jest tu posadzonych 1000 gatunków i 2000 hybryd!

Możemy podziwiać wspaniałe kolekcje helikonii, plumerii czy bugenwilli, przespacerować się lasem bambusowym, zajrzeć do deszczowego lasu lub odpocząć nad stawem obserwując licznie zgromadzone ptactwo.
W Singapurze z pewnością nikt nie będzie się nudzić, również nam się to nie przydażyło. Spragnieni odpoczynku na plaży, czy rozrywki mogą sie śmiało udać na pobliską, bardzo popularną wśród mieszkańców Singapuru wyspę Sentosa.
Wieczór zaś upłynie nam miło w Clarke Quay. Dziesiątki pubów, klubów, restauracji oferują wspaniałe jedzenie, muzykę do samego rana i kolorowe drinki w kosmicznych cenach, w ciekawej, niekiedy wręcz futurystycznej scenerii. Można miło spędzić czas na bulwarze nad rzeką, obserwując płynące, pięknie oświetlone barki, lub samemu skorzystać z tej atrakcji i zafundować sobie wycieczkę po rzece. My jeden z wieczorów spędziliśmy nieopodal w uroczej włoskiej knajpce, kosztując pysznego wina i zajadając się włoskimi specjałami. Innym razem wylądowaliśmy w ogromnej jadłodajni w Chinatown, gdzie dosłownie za grosze pochłonęliśmy wraz lokalsami dania kuchni chińskiej, zajadając się przepysznymi pierożkami z mięsem i smażonymi makaronami. Możliwości jest tak wiele, że trudno się zdecydować - na każdą kieszeń i każdy gust.


To fantastyczne, że na obszarze jednego miasta współistnieją różne kultury, spotykają się wyznawcy wielu religii. W dzielnicy Kampong Glam, którą zamieszkują muzułmanie wznoszą się dumnie ku górze meczety, a wśród nich największy - Meczet Sułtana, przykryty złotą kopułą. Zaś w dzielnicy Little India żyją Hindusi, a nieopodal zobaczymy buddyjską świątynię 1000 świateł.

Singapur to tygiel kulturowy, mieszają się tu różne kultury, religie, nacje. Czy chciałabym tu zamieszkać? Myślę, że nie ale bardzo się cieszę, że zobaczyłam to nowoczesne miasto i z przyjemnością jeszcze tu wrócę....
Trwa ładowanie komentarzy...