Kolory Bangkoku

Fot. Internet
Rano obudził nas szum klimatyzatora i pragnienie. W pokoju było chłodno, ale za oknem świeciło już mocne słońce. Bangkok witał nas upałem. Mieliśmy rozległe plany. Obejrzeć najważniejsze zabytki, popłynąć łodzią rzeką Chao Phraya i przyległymi kanałami, lepiej poznać tajską kuchnię, ale przede wszystkim poczuć atmosferę Bangkoku spacerując, zwiedzając miasto, odwiedzając nie do końca oczywiste rejony i adresy. Mieliśmy na zrealizowanie tych wszystkich planów zaledwie trzy dni, mało, szczególnie jak na Bangkok, 12 milionową, ogromną aglomerację.

Bangkok to pulsująca życiem metropolia nad rzeką Chao Phraya, miasto pełne społecznych i kulturowych sprzeczności, zawieszone pomiędzy tradycją, a nowoczesnością. Wspaniała świątynia Wat Arun jest takim samym przeciwieństwem nowoczesnej Skyline, jak medytujący mnich w tradycyjnej szacie obok biznesmena w eleganckim garniturze.

W tym mieście spotykają się wszyscy ze wszystkimi- grupy etniczne od rdzennych Tajów poprzez Chińczyków, Hindusów po Europejczyków, wszystkie religie od buddyzmu do chrzešcijanstwa, najróżniejsze klasy społeczne od skromnych ulicznych sprzedawców, pokornych mnichów po zabieganych biznesmenów.

Wszyscy ci ludzie mijają się w gąszczu ulic i zaułków, między nowoczesnymi biurowcami, starymi domami omotanymi plątaniną kabli i przewodów, ulicznymi kuchniami i wspaniałymi świątyniami.

Mieszkaliśmy w małym, miłym hoteliku przy Rambuttri Road, w rejonie Starego Miasta Królewskiego. To okolica pełna turystów, małych knajpek, klubów, restauracji, salonów masażu, najróżniejszych sklepików i hoteli. Ulica spokojna i cicha za dnia, rozkwita nocą. Staje się gwarna i zatłoczona, zewsząd dobiega muzyka, po ulicy krążą sprzedawcy pamiątek i wszelkiego dobra, wszędzie wyrastają uliczne kuchnie serwujące pyszne jedzenie, rozstawiają się kramy, a na ulicy lądują łóżka do masażu stóp. Na szczęście nie była to ulica tak głośna i zatłoczona jak niedaleka, modna wśród backpackerów Khao San, gdzie ilość ludzi mocno nas zaskoczyła.

Mieliśmy stamtąd stosunkowo niedaleko do Wat Pho- Świątyni Odpoczywajacego Buddy. Postanowiliśmy udać się tam pieszo, przy okazji obejrzeć miasto, przyjrzeć się ludziom, kolorowym ulicom, skosztować ulicznego jedzenia.

Bangkok to miasto tętniące życiem, pełne barw i sprzeczności, o których już pisałam. Idąc ulicami wszystko wokół zadawało się to potwiedzać. Masa ludzi, głośnych i kolorowych, przepych i bieda, wyrachowanie, obłuda ale i szczerość, uprzejmość. Z tym spotykaliśmy się wędrując ulicami, rozmawiając z przypadkowymi ludźmi, sprzedawcami, kierowcami tuk - tuków. Wszystko to tworzyło wrażenie chaosu, z którego powoli wyłaniał się obraz miasta. Nieoczywisty, ale z pewnością bardzo ciekawy i na pewno nie nudny. Chaos jest nieodłącznym atrybutem Bangkoku i nadaje miastu niepowtarzalny koloryt.

Niektórych męczy, innych fascynuje i wręcz uzależnia. My poddaliśmy się jego rytmowi, odkrywając coraz to ciekawsze miejsca. Wędrowaliśmy po mieście obserwując bangkocką codzienność, nieustanny dźwięk klaksonów, nawoływania ulicznych sprzedawców, terkoczące tuk - tuki. Delektowaliśmy się smakiem jedzenia, podziwialiśmy zabytki, wsłuchiwaliśmy się w odgłosy płynące z oddali. Czasem była to klasyczna muzyka tajska, która przebijała się przez zgiełk klaksonów i hałas silników, innym razem, współczesna melodia płynąca gdzieś z oddali.

Wreszcie dotarliśmy do Wat Pho, Świątyni Odpoczywającego Buddy. Jest to największa i jedna z najstarszych - (powstała w XVI wieku, przebudowana w XVIII wieku) świątyń w Bangkoku. Obejmuje duży kompleks sakralny z kaplicą, w której znajduje się monumentalny posąg Leżącego Buddy. Duże wrażenie zrobiły na nas przepiękne ogrody, w których położona jest główna świątynia i kaplica. Na terenie kompleksu świątynnego zgromadzono tysiące rzeźb przedstawiających Buddę. Oprócz tego na terenie kompleksu znajduje się uznana szkoła tajskiego masażu.

Jednak największe wtażenie robi posąg Buddy. To potężna, pozłacana figura, mierząca 15 metrów wysokości i 46 metrów długości. Ukazuje ona Wielkiego Mistrza w momencie osiągania nirwany. Cały posąg został wykonany z ogromną dbałością o szczegóły. Warto przede wszystkim zwrócić uwagę na jego 3 metrowe stopy, na których przepięknie wygrawerowano starożytne symbole i inkrustowano je macicą perłową.

Stamtąd udaliśmy się do Wat Phra Kaeo- Świątyni Szmaragdowego Buddy i Pałacu Królewskiego.

Szmaragdowozielony Budda, ubrany w szatę adekwatną do aktualnej pory roku, zasiadający na przepięknym tronie, pośród wspaniałych fresków i złoceń- to Wat Phra Kaeo, zdecydowanie najważniejsza świątynia dla wyznawców buddyzmu w Tajlandii.
Budowa świątyni rozpoczęła się za panowania Ramy I w 1782 roku, w momencie przeniesienia stolicy z Thonburi do Bangkoku.

W odróżnieniu od innych świątyń, nie mieszkają tu mnisi. Dla buddystów ta otoczona podwójnym murem światynia jest pewnego rodzaju symbolem, ale przede wszystkim miejscem pielgrzymek i duchowego wyciszenia.

Głównym miejscem całego kompleksu jest bot- ogromna sala, ktorej sześcioro drzwi chronionych jest przez pary lwów. Jest to najważniejsze miejsce modlitewne w buddyjskiej świątyni, serce całego kompleksu świątynnego. Tu właśnie znajduje się najsłynniejszy posążek siedzącego Buddy, umieszczony w gablocie, na szczycie wysokiego ołtarza kształtem przypominającego piramidę. Mimo małej wysokości (75cm) jest on jednym z najważniejszych przedstawień Oświeconego w całej Tajlandii.

Figurkę wykonano prawdopodobnie na Cejlonie około 43 roku p.n.e, skąd po wielu perypetiach trafiła do Tajlandii. Posąg odkryto dopiero w 1434 roku w jednej z wież świątynnych w Chiang Rai. Rzeżba była wówczas szczelnie pokryta zaprawą i nikt nawet nie domyślał się co skrywa pod spodem. Pewnego dnia jednak, kawałek zaprawy ukruszył się, ukazując piękny, zielony kamień. Początkowo wzięto go za szmaragd ( w rzeczywistości figura wykonana jest z jadeitu) i tak narodziła się legenda Szmaragdowego Buddy.

Weszliśmy do środka. W sali panował półmrok, wokół dziesiątki wiernych, skupionych, modlących się, medytujacych, zapatrzonych, składających ofiary.
Siadam. Zamykam oczy, czuję chłód posadzki, gładkiej i błyszczącej od tysięcy stóp odwiedzających to magiczne miejsce. Widzę czarne czubki głów i wolno przesuwający sie tłum wiernych. Nikt nikogo nie pośpiesza, nie trąca, powoli w spokoju przesuwają się postaci. Widzę przymknięte oczy, bezgłośnie poruszające się w modlitwie usta.
Słodki zapach kwiatów lotosu, aromat kadzideł. Feria barw, żółcie, czerwienie, pomarańcze. W blasku świec mieni się złoto. Wokół panuje cisza. Czuję ogarniający mnie spokój.
Może to za sprawą Buddy- symbolu Oświecenia?

Wychodzimy na zewnątrz. Otacza nas wspaniały kompleks sakralny.
Królewski Panteon, gdzie dziś znajdują się posągi ostatnich władców Tajlandii, chroniony przez wspaniałe posągi mitycznych strażników.

Phra Mondop - Biblioteka, w której przechowywane są cenne buddyjskie manuskrypty. Wybudowana na rozkaz Ramy I. Budynek położony jest ponad powierzchnią gruntu, aby uchronić zbiory przed wilgocią i ewentualną powodzią. Również i tu na straży stoją kamienni strażnicy, cztery pary demonów.

Złota Chedi - Phra Si Rattana, mieniąca się złotem kopuła z iglicą. Robi duże wrażenie. Warto wspomnieć, iż znana jest nie tylko ze swojego zachwycającego wyglądu, ale także z pełnionej przez nią niezwykle ważnej funkcji. Najprawdopodobniej właśnie tu przechowywane są prochy Buddy. Co prawda jest to tylko przypuszczenie, oficjalnie nie potwierdzone, niemniej jednak nadaje ono temu miejscu tajemniczej aury.

Przechadzamy się po Galerii Ramakien podziwiając piękne freski pokrywające wewnętrzne ściany krużganka. Przysiadamy na schodkach, odpoczywamy. Przed nami zwiedzanie Pałacu Królewskiego.

Wielopoziomowe dachy ze złoceniami, biel ścian odcinająca się od otaczającej zieleni, dzisiątki wspaniałych pomieszczeń, królewskich sypialni, sal audiencyjnych oraz budowli pełniących ważne funkcje sakralne- Wielki Pałac Królewski w Bangkoku to bez wątpienia świadectwo potęgi dawnych monarchów.
Wielki Pałac zajmuje obszar 218 tys.m2 i jest otoczony białym murem. Był on oficjalną rezydencją królów od momentu jego powstania w 1782 roku do 1946 roku. Ostatnim monarchą, który go zamieszkiwał był Rama V.

Architektura Pałacu Królewskiego to mieszanka stylów, rodzimego tajskiego i klasycystycznego europejskiego. Przemieszanie egzotyki z tradycyjnym stylem europejskim tworzy oryginalną i niepowtarzalną aurę tego miejsca.

Niestety, dla zwiedzających udostępnionych jest tylko kilka sal i pokoi.
Swoje pierwsze kroki kierujemy do zespołu sal zwanego Phra Maha Monthain, znajdującego się w samym sercu pałacu.

Oglądamy wspaniałą salę audiencyjną - Sala Amarinda, zwana później Salą Sprawiedliwości, salę koronacyjną ( Paisal Taksin Hall), Chakraphat Phiman Hall- dawną rezydencję królów Ramy I, II i III.

Sala Amarinda robi na nas ogromne wrażenie. Wzrok przykuwają wpaniałe złote zdobienia, przepych. Do dnia dzisiejszego w sali tej odbywają się ważne uroczystości państwowe.
Znajduje się tu również wspaniały zabytek, pierwszy, antyczny tron tajskich królów, o podstawie przypominającej swym kształtem łódź, na którym monarcha zasiadał skryty za brokatową kotarą, którą następnie odsłaniano przy głośnych fanfarach.
Widok jest zachwycający. Robię zdjęcie, aby na chwilę zatrzymać czas i uwiecznić to cudo na fotografi. Dopiero po chwili orientuję się, że nie wolno tu robić zdjęć. Widzę biegnącego strażnika i zdaję sobie sprawę, że złamałam zakaz. Ale strażnik podchodzi do innego turysty głośno krzyczy i teatralnymi gestami pokazuje tabliczkę z zakazem, rząda okazania aparatu i wykasowania zdjęć. Mnie tym razem się upiekło i pozostaję ze swoją pamiątką.

Przechodzimy dalej, aby po chwili znaleść się w Wielkiej Sali Tronowej- Chakri Maha Prasat. Miejsce to nie jest w całości dostępne do zwiedzania. Oglądamy przestronny pokój audiencyjny, i tu styl orientalny miesza się z europejskim. Nad wejściem umieszczono olbrzymi portret Ramy V.

Do pozostałych komnat tej części Pałacu wstęp jest wzbroniony. Ma to zwiazek z tragedią, która rozegrała się w jednym z tych pomieszczeń. W 1946 roku znaleziono w jednym z pokoi ciało zastrzelonego króla Ramy VIII. Po dzień dzisiejszy sprawa tajemniczej śmierci władcy nie została wyjaśniona i jest to temat, którego publicznie nie można w Tajlandii poruszać.

Powoli kończymy zwiedzanie pięknego kompleksu pałacowego. Jest coraz większy upał, przybywa turystów. Skrywamy się na chwilę przed słońcem i obserwujemy wspaniałe budynki, przepiękną zadbaną roślinność, kolorowy tłum.

Na koniec Dusit Maha Prasat. Jest to jeden z najstarszych budynków kompleksu pałacowego. Wyróżnia go wielospadowy,przepiękny, kolorowy dach i wysoka wieżyczka. Niegdyś z balkonu tego budynku król wygłaszał przemówienia. Na tle kunsztownie dekorowanych ścian sali recepcyjnej możemy podziwiać wspaniały tron Ramy I, wykonany z drewna, pięknie zdobiony macicą perłową.

Na terenie kompleksu znajdują się jeszcze dwa muzea. Muzeum Świątynne oraz Muzeum Numizmatyczne i Złotnictwa. My już nie zwiedziliśmy tych obiektów. Zmęczeni i w pełni usatysfakcjonowani tym co udało nam się zobaczyć pomknęlišmy na spotkanie kolejnych atrakcji Bangkoku.

Wieczór spędziliśmy objadając się przepysznymi daniami kuchni tajskiej. Bangkok to raj dla amatorów dobrego, ostrego jedzenia, do których my z pewnością się zaliczamy. Potrawy są wspaniałe, zarówno te serwowane w małych, ulicznych kuchniach jak i te w knajpach rozsianych po całym mieście. Próbowaliśmy najróżniejszych specjałów delektując się przepyszną kuchnią. Świeże, aromatyczne, przygotowywane na naszych oczach, po naprawdę niskich cenach- czego chcieć więcej?

Nasze ulubione curry jje się przeważnie ze wspólnego naczynia nakładając niewielkie porcje na swój własny talerzyk z ryżem. Jest tyle odmian tej potrawy, że nie sposób spróbowač wszystkich. Podobnie jest z zupami. Z dużego naczynia nabieramy zupę do niewielkiej miseczki. Moja ulubiona zupa to Tom Yam Kung, chyba najpopularniejsza tajska zupa. Przepyszne słodko- kwaśne curry z krewetkami, imbirem, trawą cytrynową i chili. Ostra, aromatyczna, przepyszna. Równie dobra Tom Kha, łagodna zupa kokosowa z dodatkiem kurczaka i świeżej kolendry. No i oczywiście sałatki, które są jednym z najbardziej charakterystycznych dań Tajlandii. Mieszanka świeżych warzyw, owoców, chili, limonki i oczywiście wszechobecnego sosu rybnego występuje w dziesiątkach form i odmian. Moja ulubiona z papaji, pycha!

Następnego dnia postanowiliśmy obejrzeć Bangkok z wody.
Stolica leży przy ujściu rzeki Menam (taj. Chao Phraya) do Zatoki Tajlandzkiej. Promy kursujące regularnie po rzece są doskonałą alternatywą dla ruchu ulicznego, wiecznie zakorkowanych arterii. Rejs wodnym tramwajem pozwala odetchnąć od zgiełku miasta w upalny, słoneczny dzień.

Zdecydowaliśmy się wynająć tradycyjną, długą łódż - hang yao. Zaplanowaliśmy rejs po rzece i khlongach - wodnych kanałach, które niegdyś stanowiły podstawę systemu komunikacyjnego Bangkoku, zwanym wówczas "Wenecją Wschodu". Z czasem wiele z nich zasypano i przekształcono w ulice.
Udaliśmy się na zachód, w rejon dzielnicy Thonburi, gdzie khlongi wciąż pełnią funkcje transportowe. Właśnie tam chcieliśmy zobaczyć prawdziwe oblicze dawnego Bangkoku.

Rejs trwał około 2 godzin, a pierwsza godzina była naprawdę rewelacyjna. Z błyszczącego kolorowymi dachami świątyń starego królewskiego miasta wpływamy w inny świat lokalnej biedy, który przeplata się z postkolonialnymi pozostałošciami, pięknymi, starymi willami, które czasy swojej świetności mają już dawno za sobą. Mijamy domki na palach, sklecone z czego popadnie, wyglądające jakby zaraz miały sie rozpaść. Trafiają się wsród nich prawdziwe wille z domkami dla duchów wielkości altanki. Do każdego z domu jest wejście od strony wody, na niektórych wiszą skrzynki pocztowe, znak, że są tu wodni listonosze.

Woda jest ciemna, mętna, ale dostrzegamy w niej pływające potężne ryby. Ich grzbiety połyskują w słońcu pod powierznią wody. Ale są też inni mieszkańcy rzeki. Spostrzegamy ogromne gady wygrzewajace się na nabrzeżu rzeki. Początkowo mamy wątpliwości czy są prawdziwe. Trwają w bezruchu, wyglądając jak woskowe kukły. Nic bardziej mylnego, okazuje się, że są jak najbardziej żywe. Płynąc widzimy kolejne. To potężne warany, kto by pomyślał, ze natkniemy się tu na nie.

Mijamy kolejne domy, obserwując toczące się w nich życie. Kobiety przygotowują posiłki, robią pranie, mężczyźni reperują jakieś sprzęty, dzieci bawią się wesoło.
Patrzymy na kolejne budowle, świątynie, posągi Buddy. Mijamy pływający sklep, młoda Tajka sprzedaje z łodzi owoce, napoje, najróżniejsze pamiątki.

Stary Bangkok oglądany z wody, robi na nas duże wrażenie. Powoli wracamy odpoczywając, napawając się widokami. Przed nami cały dzień zwiedzania.
I znów mamy przed sobą współczesne miasto. Drapacze chmur, nowoczesne biurowce, oryginalne bryły hoteli, to wszystko stanowi ogromny kontrast z tym co widzieliśmy zaledwie przed chwilą. Wysiadamy na przystani w pobliżu Wat Arun- Świątyni Świtu. Chwila spaceru i już możemy podziwiać tę wspaniałą wizytówkę Bangkoku, obecną na niemalże wszystkich pocztówkach, kalendarzach w mieście.

Wat Arun, to ogromna, przepiękna, błyszcząca w słońcu piramida, zwieńczona strzelistym prangiem ( okrągła spirala) o wysokości 104 metrów. Otaczają go cztery mniejsze prangi poświęcone Phra Phai- bogowi wiatru. Jest szczelnie pokryta barwnymi kawałkami chińskiej porcelany, która używana była jako balast w łodziach pływających pomiędzy Chinami i Tajlandią.
Wysoki, centralny prang symbolizuje legendarną górę Menu, która w mitologii buddyjskiej uważana jest za centrum całego wszechświata.

Świątynia jest wpaniała, imponująca. Zdecydowanie różni sie od pozostałych, oglądanych przez nas w Bangkoku. Prezentuje styl khmerski. Kawałeczki porcelany, ułożone w fantazyjne, oryginalne wzory lśnią z daleka.
Na górny taras prowadzą strome schody o wysokich stopniach. Wspinamy się nie bez trudu. U celu czeka na nas wspaniały widok rozciągający się na rzekę. Z tarasu obserwujemy piękną panoramę Bangkoku, przepływające łodzie.
Wspinaczka jest jednak niczym w porównaniu z zejściem. Strome schody dają się nie jednemu turyście we znaki. Obserwujemy spanikowane Chinki, które kurczowo trzymając się poręczy odmawiają zejścia w dół. Po krótkiej rozmowie z przyjacielem powoli ruszają. Udało się, szcześliwie dotarły na sam dół. My za nimi.

I tak powoli dobiega końca nasz pobyt w Bangkoku. Jeszcze tylko odbierzemy od krawca szyty na miarę garnitur, zrobimy ostatnie zakupy na Khao San.
Jesteśmy pod ogromnym wpływem pobytu. Tak, podobało nam się. Czy wrócimy? Z pewnością, może już nie długo....
Trwa ładowanie komentarzy...