Kraina tysiąca pagód

Fot. Internet
Jadąc do Bagan wiedziałam czego mam się spodziewać. Przynajmniej teoretycznie. Zastanawiałam się, czy rzeczywistość nie będzie odstawać od wyobrażeń, czy nie będzie to rozczarowanie. Tak po prostu. Nie bardzo mogłam wyobrazić sobie ponad 2500 świątyń, najróżniejszych, dużych i małych, starych, zniszczonych, odrestaurowanych, rozmieszczonych na niespełna 40 kilometrach kwadratowych.

I co?
Przyjechałam, zobaczyłam...uwierzyłam. Było tak jak miało być, wszystko się zgadzało, a rzeczywistość nawet przerosła moje oczekiwania.

Na liście najwspanialszych zabytków Azji, Bagan plasuje się na jednej z czołowych pozycji, obok kambodżańskiego Angkor Wat i Barobodur w Indonezji ( obejrzymy już wkrótce).
Umieszczono go także na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.

Rozkwit Bagan to okres XI - XIII wieku. Wówczas, większych i mniejszych świątyń było tu około 5000. Do dzisiejszego dnia przetrwało ponad 2500.

Nie jest możliwe zwiedzenie, czy obejrzenie ich wszystkich, nie miałoby to zresztą sensu.

Postanowiliśmy skupić się na tych najbardziej znanych, największych, uważanych za najpiękniejsze. Również jest ich sporo - Ananda Phaya, Shwezigon Phaya, Htilominlo Phaya, Sulamani Phaya, Pahtom Phaya .... To nazwy świątyń, brzmiące jak magiczne zaklęcia.
Każda inna, wszystkie piękne, mające do zaoferowania wspaniałą architekturę, cudowne posągi Buddy, niezapomniane widoki roztaczające sie z górnych tarasów.

Od jednej do drugiej świątyni w Starym Baganie wędruje się piaszczystymi drogami. Popularną metodą przemieszczania się jest wynajęcie dwukołowej bryczki. Można również wypożyczyć rower lub skuter. Zdecydowaliśmy się na to trzecie rozwiązanie. Byliśmy niezależni, poruszaliśmy się sprawnie, ale na tyle wolno, aby móc spokojnie obserwować okolicę, podziwiać mijane świątynie, zatrzymywać się tam gdzie nam sie spodobało.

Rower to również dobre rozwiazanie, lecz niestety bardzo męczące. Jazda po piaszczystych drogach, niekiedy kamienistych bezdrożach w upale ponad 30 stopniowym na dłuższą metę jest bardzo uciążliwa i wyczerpująca.

A my mieliśmy wiele godzin zwiedzania przed sobą.

Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy od światyni Shwe- san - daw.
Zbudowana w 1057 roku przez słynnego birmańskiego króla Anawrathę, jest jedną z tych pagód, na którą można się wspinać. Boso, po parzących kamiennych stopniach wchodzimy na galerię, taras oplatający iglicę wieży na wysokości mniej więcej czterech pięter.
Widok z góry jest oszałamiający. Na najbliższym planie widać dziesiątki świątyń, setki kolejnych majaczą na horyzoncie. Spędzamy tu trochę czasu. Siadamy i obserwujemy widoki, przechodzących ludzi. Turystów jest sporo. Mieszają się głosy, języki, kolory. Przypatrujemy się młodym, drobnym Birmankom, które jak i my podziwiają okolicę. Są uśmiechnięte, pogodne, chętnie nawiązują rozmowę. Pokazując świątynie w oddali, próbują nam coś opowiedzieć o jednej z nich, ale niestety ich angielski to uniemożliwia. Śmiejemy się wszyscy i dalej kontemplujemy widoki.

Wokół świątyni ustawiono wiele kramów, stoisk z pamiątkami, gdzie można kupić wspaniałe wyroby z laki, mosiężne figurki Buddy, piękne, ręcznie malowane na płótnie kopie birmańskich starodruków. Robimy małe zakupy targując się zaciekle i udajemy się dalej.

Jesteśmy w kolejnej świątyni - to Ananda Phaya. Ma ona opinię najpiękniejszej w Bagan, jest również najlepiej zachowana. W przewodnikach podkreśla się doskonałe proporcje tej budowli, której centralna wieża wystrzeliwuje w górę na wysokość 51 metrów. Podobno świątynię wzniesiono w 1105 roku, w czasie gdy w Europie budowano surowe, romańskie kościoły.
Wewnątrz światyni znajdują się cztery, imponującej wielkości, złote posagi Buddy patrzące w cztery strony świata. W odróżnieniu od innych świątyń, tu Budda przedstawiony jest w pozycji stojącej.

Bardzo podobała nam się jeszcze jedna świątynia. To Sulamani Pahto. Duża, dwupiętrowa, rozłożysta budowla. Wybudowana z cegły i dzięki suchemu klimatowi, oparła się upływowi czasu. Gdzieniegdzie nadgryziona zębem czasu jest niezwykle dostojna i proporcjonalna. Zbudowana w 1183 roku przez króla Narapitisithu, wyróżnia się pięknymi, dobrze zachowanymi freskami z okresu dynastii Konbaung.

Następnego dnia o świcie wyruszyliśmy na naszych skuterach, aby obejrzeć wschód słońca nad Bagan. To coś, co będąc tam po prostu trzeba zobaczyć.
Niemalże wszystkie poranne atrakcje bledną w porównaniu z tą godziną czasu, kiedy człowiek w ciszy i spokoju siedzi na schodkach kilkusetletniej świątyni i chłonie wszystkimi zmysłami ten niesamowity spektakl.

Jeszcze po ciemku wyruszyliśmy z hotelu. Jechaliśmy szosą w kierunku świątyń, oświetlając drogę słabym światłem skuterów. Po jakimś czasie skręciliśmy w piaszczystą drogę, chwilę nią jechaliśmy mijając po drodze różne świątynie, małe stupy, aby dojechać do okazałej świątyni. To właśnie stamtąd mieliśmy już niedługo obserwować wschód słońca.

To piękny spektakl, niesamowicie malowniczy.
Czerwona kula powoli wyłania się zza horyzontu, delikatnie rozpraszając mrok. Z szarości wyłaniają się kolejne świątynie zagubione wśród drzew.
W tle zaczynają się ukazywać balony, unoszące turystów, chcących obejrzeć nadchodzący wschód z powietrza. My ze schodków świątyni, z tarasu jak urzeczeni patrzyliśmy na to przedstawienie. Widok, który rozpościerał się przed nami był urzekajaco piękny, imponujący.

Zadowoleni opuszczamy naszą "obserwacyjną" świątynię i udajemy się na objazd okolicy. Jedziemy gdzie nas oczy poniosą, skręcamy w prawo, w lewo, zatrzymujemy się w różnych ciekawych miejscach, przy małych bezimiennych świątyniach, oglądamy rożne posagi Buddy. Jest jeszcze wcześnie rano, nie ma upału, a lekkie wiatr umila nam podróż.
Docieramy do najdalej położonych stup, przejeżdżamy przez maleńkie, biedne wsie, mijamy ukryte pośród drzew klasztory,wokół których niespiesznie krzątają się zamyśleni mnisi. Okolica robi na nas duże wrażenie.

Po jakimś czasie docieramy do rzeki. Przedzieramy się przez zarośla i naszym oczom ukazuje się potężne koryto rzeki Irawadi, w części wyschniętej o tej porze roku. Nie widać rybaków, łodzi. Po wodzie powoli sunie barka przewożąca jakieś towary, nieopodal ktoś zbiera rośliny na łące. Jest zupełnie pusto. Siadamy pod ogromnym, rozłożystym drzewem, którego korona wydaje się sięgać nieba. Odpoczywamy i jedziemy dalej.


Naszym mastępnym celem jest Mount Popa, położony około 1,5 godziny jazdy od Bagan. To imponująca góra, będąca kominem wygasłego wulkanu. Na jej szczycie wybudowano klasztor.

Nazwa Popa pochodzi od słowa "puppa" oznaczającego - "kwiat". Nie dziwiło więc nas, że u podnórza góry tłumnie gromadzą się sprzedawcy kwiatów. Charakterystyczną pamiątką są główki żółtych kwiatów zamknięte w butelkach. Niemalże każdy Birmańczyk, który przybywa do Mount Popa sprawia sobie taki prezent. Z miejscem tym, kwiatami oraz Natami, miejscowymi bóstwami wiąże się wiele legend.

Jedna z nich opowiada historię Me Wunna, matki dwóch Natów, która była jedzącą kwiaty ogrzycą. Me zakochała się w mężczyźnie o imieniu Byatta, który każdego ranka na stokach góry zbierał najpiękniejsze kwiaty dla króla. Niestety, król, uznał, że Byatta zaniedbuje swoje obowiązki i rozkazał go zabić. Wówczas umarła również Me Wunna. Z rozpaczy pękło jej serce.

Być może za sprawą tej smutnej legendy, Mount Popa bywa nazywana górą miłości. Każdy kto chce, aby jego uczucie było trwałe i spełnione, powinien w tej intencji odbyć tutaj pielgrzymkę.

Na szczycie wulkanu znajduje się Monaster Popa Taungkalat, który zgodnie z lokalnymi wierzeniami jest siedzibą 37 Natów, potężnych duchów. Z tego powodu Mount Popa porównywana jest do greckiego Olimpu. Niemal wszystkie 37 duchów było niegdyś ludźmi, którzy zginęli tragiczną śmiercią.

Aby dojść do świątyni musieliśmy pokonać 777 stopni prowadzących na sam szczyt góry.
Zadaszone schody pną się stromo w górę. Upał mocno nam doskwierał, wokół hasały małpy, nie zawsze przyjaźnie nastawione, a my powoli pokonywaliśmy kolejne stopnie, co jakiś czas zatrzymując się, aby obejrzeć mijane po drodze kapliczki, w których wierni modlili się i składali ofiary.

Po dojściu na szczyt przeżyliśmy jednak rozczarowanie. Figury Natów wyglądały jak lalki ubrane w szmatki, a sam Monaster nie zrobił na nas dużego wrażenia. Cały kompleks jest ciekawy, ale zaniedbany i robi wrażenie nieco kiczowatego. Po tym co już widzieliśmy w Birmie, trudno było nas już zachwycić. A jednak przeżylismy zachwyt, za sprawą widoku, który rozpościerał sie ze szczytu. Staliśmy i podziwialiśmy piękną panoramę, która ukazała się przed nami. Warto było wspinać się tak wysoko. Pejzaż był piękny, wokół rozpościerał się wspaniały widok na okoliczne góry, pola, wioski, zagubione pośród nich stupy.

Poza obejrzeniem tych najwspanialszych, największych i najpiękniejszych świątyń i innych atrakcji, które oferuje Bagan i jego okolice, chcieliśmy poczuć atmosferę tego unikatowego miejsca, spędzić trochę czasu nie pędząc przed siebie, poobserwować nie tylko to co najbardziej znane i najpopularniejsze, ale także to, co przeważnie umyka śpieszącemu się turyście. I myślę że nam się to udało.
Trwa ładowanie komentarzy...