O autorze
Jak ja bardzo lubię podróżować! Lubię wyjazdy, przeróżne, ale kocham powroty. Powroty do domu. Bo na szczęście zawsze mam do czego i kogo wracać. A to jest najważniejsze. Rodzina, dzieci, szczęśliwy dom. Jeszcze kilka lat temu powiedziałabym, Boże, jaki banał! Teraz tak nie myślę, po prostu wiem, ze tak jest - i już.
Podróże kocham. Myślę, że i pod tym względem mam wiele szczęścia. Jeżdżę od lat, we wspaniałe miejsca, ze wspaniałymi ludźmi - rodziną i przyjaciółmi. Planujemy wspólnie, spieramy się, dyskutujemy, wybieramy kolejne miejsca, szukamy biletów, przeglądamy hotele. Uwielbiam to.
Wspaniale jest mieć możliwość pokazywania świata swoim dzieciom. Podróżowaliśmy po wielu krajach, bliższych i dalszych. Pokochaliśmy dalekie podróże. Wspaniałe, niezapomniane Indie, niesamowite Zjednoczone Emiraty Arabskie, cudowny Wietnam, a przed chwilą Birma i Tajlandia. Podróż magiczna. Oby było ich jak najwięcej!

Jezioro z duszą

Fot. Anna Myrcha
Po długiej, ciężkiej, ale emocjonującej podróży, wieczorem, dotarliśmy nad jezioro Inle.

Zatrzymalismy się w małym, miłym hotelu w miasteczku Nyaungshwe.
Od dawna cieszyłam się na tę wycieczkę. Czytałam o Inle i byłam niezwykle ciekawa jak odnajdę tę jedną z największych atrakcji w Birmie.

Jezioro jest malowniczo położone, ma 22 km długości, 11 km w najszerszym miejscu i otoczone jest ze wszystkich stron górami. Jest płytkie i miejscami bardzo błotniste.
Stanowi atrakcję z wielu powodów, jest unikalne pod wieloma względami.

To raj dla botaników, ornitologów. Żyje tam wiele rzadkich gatunków ptaków, można również zaobserwować przepiękną przyrodę.

Ale Inle to nie tylko roślinność i ptactwo. Są tam również unikalne świątynie położone tuż przy brzegu, piękne klasztory i to co przyciąga wielu turystów- malownicze wioski usytuowane na palach, na wodzie, w których żyje lud Intha.


Następnego dnia rano z wynajętym przewodnikiem, który przedstawił się nam jako Mr Myo, właścicielem drewnianej łodzi napędzanej nieco głośnym silnikiem, wypłynęliśmy na jezioro. Była 6 rano i panował jeszcze mrok. Jezioro spowijała gęsta mgła, a panujący przenikliwy chłód przeszywał nas na wskroś.


Inle najpiękniejsze jest właśnie wczesnym rankiem, gdy nad wodą unoszą sie mgły. Horyzont wówczas zanika, a niebo łączy się z gładką taflą wody. Przez mgłę obserwowaliśmy ledwo widoczne sylwetki rybaków, zarysy łodzi, a w oddali majaczące kontury gór.


Warto wsiąść do łodzi przed świtem (6.30), aby mieć cały ten spektakl wyłącznie dla siebie.

Płynęlišmy prawie godzinę zanim dotarliśmy kanałem na środek jeziora. Po drodze mijały nas łodzie przewożące różne ładunki, ludzie okutani w szale, płynący do pracy, wieśniacy udający się z towarami na targ. Zobaczyliśmy we mgle pierwsze łodzie rybackie, tak charakterystyczne dla tego jeziora. To słynni, unikalni rybacy wiosłujacy nogą. Do połowów zaś używają charakterystycznych siatek. Płynęli na długich, wąskich drewnianych czułnach. Robiły one wrażenie bardzo niestabilnych, jednak rybacy bardzo sprawnie sobie na nich poczynali.

Zaczęło powoli wschodzić słońce. Byliśmy juz na środku jeziora, mgły opadły, a nam ukazała się piękna tafla jeziora. Było coraz więcej rybaków. Ruch na jeziorze wzmagał się. Obserwowaliśmy jak wyciągają sieci pełne ryb, jak przepływają wiosłując w swój nietypowy sposób. Wyglądało to niezwykle, wręcz jak spektakl, a nie zwyczajny poranek nad jeziorem Inle.

Gdy słońce zaczęło wychodzić zza gór, widok stał się niesamowity. Słońce ukazywało się bardzo powoli , najpierw delikatnie, potem coraz mocniej oświetlając jezioro.
Rybacy w pierwszych promieniach słońca ...., to był unikalny spektakl. Pewnie nieco kiczowaty, ale mnie całkowicie oczarował. Robiliśmy zdjęcia urzeczeni tym widokiem.

Powoli płynęliśmy dalej, obserwując toczące się wokół życie. W pewnym momencie, na niemalże samym środku jeziora zobaczylišmy wystawny dom na palach, który z pewnością lata świetności miał już za sobą. Jak wytłumaczył nam Mr Myo, była to opuszczona posiadłość Inleh Bo The. Obecnie ten stary dom służy jedynie jako miejsce odpoczynku rybaków znad jeziora, czy teren zabaw dla dzieci. To bardzo urokliwe i nastrojowe miejsce, przywodzące na myśl zamierzchłe czasy.
Na tle błękitnego nieba, odbijając się w wodzie, robiło duże wrażenie.

Wszyscy byliśmy pod wrażeniem tego miejsca, ale chyba mi szczególnie przypadło ono do serca. Długo,byłam pod jego urokiem...

Kolejną atrakcją jeziora są pływające plantacje. Uprawia się tu nie tylko warzywa - pomidory, ogórki, ale również kwiaty, które każdego ranka, łodziami dostarczane są na targi do przybrzeżnych miejscowości, a następnie już drogą lądową, rozwożone po niemal całym kraju.

Podłoże w pływających ogrodach robione jest ręcznie z wyławianych, butwiejących części roślin i ziemi, ułożonych na bambusowych kratownicach, przytwierdzonych do wysokich tyczek. Dzięki stałemu dostępowi do wody i mocnemu słońcu, plony są obfite przez cały rok, a warzywa wyśmienite, co mieliśmy okazję sprawdzić nie raz.

Jeszcze ciekawsze są wioski wybudowane na wodzie. Stoją na palach i tworzą cały labirynt ulic i uliczek. Toczy się tam normalne, codzienne życie. Kobiety robią w jeziorze pranie, kąpią dzieci, pławią bydło. To normalne widoki.
Ludzie odwiedzają się pływając od domu do domu, drewnianymi, płaskodennymi łodziami. Mają tam pocztę, sklepy, bary, szkołę, przedszkole - wszystkie te budynki oczywiście również są usadowione na palach.

Przepływaliśmy przez te malownicze wioski nie mogąc się napatrzeć. Widok był bardzo niecodzienny. Mieliśmy wrażenie, jakby czas cofnął się o kilka stuleci.
Jak dowiedzieliśmy się od Mr Myo, osiedla od jakiegoś czasu są już zelektryfikowane, ale przerwy w dostawach prądu w Birmie to codzienność, szczególnie na prowincji. Więc ludzie mieszkający tu często borykają się z brakiem oświetlenia.

Powoli płynęliśmy przez jezioro rozkoszując się widokami. Co chwila z jednej bądż z drugiej strony jeziora ukazywały się nam stare, drewniane klasztory, małe i większe świątynie buddyjskie malowniczo ukryte za drzewami, stojące niekiedy w płytkiej, błotnistej mazi.
Wokół Inle jest bardzo dużo klasztorów i wiele pięknych, starych stup.

Dość głośny huk silnika przestał niemal zupełnie przeszkadzać, wiatr rozwiewał włosy, słońce mocno przypiekało. Ale wszystkie te drobne niedogodności w pełni rekompensowały nam widoki roztaczające sie wokół. Obserwowaliśmy okolicę, a wspaniałe obrazy, które co chwilę mijaliśmy pozostaną w pamięci na lata.


Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się, aby zwiedzić kolejną świątynię, obejrzeć stupę, których było naprawdę dużo. Niektóre bardzo zaniedbane, rozsypujące się, zagubione wśród bujnej roślinności, oplecione pnączami. Ale część z nich była odrestaurowana, znalazła swoich prywatnych sponsorów z dalekiego Singapuru, Chin, Tajlandii. Biły po oczach nowością, błyszczały z daleka.
Pomiędzy nimi, wśród zarośli, niejednokrotnie pasły się stada krów. Spacerowali turyści. W niektórych miejscach, które odwiedziliśmy tego dnia, było zupełnie pusto.
Popłynęliśmy daleko na południe, gdzie z rzadka docierają turyści. Byliśmy tylko my i cisza.

Jednym z miejsc, które zwiedziliśmy było Indein. Położone na uboczu, nad kanałami. Gdy przypłynęliśmy tam, już po południu, wokół nie było nikogo, zwiedzaliśmy to piękne miejsce zupełnie sami.
Indein to zespół ponad 1000 stup. W większości dość zaniedbane, niektóre w stanie ruiny, ale i tu zdarzały się odrestaurowane, lśniące złotem. Za nimi rozpościerał się wspaniały widok na jezioro.
W ciszy, niczym nie zmąconej, słyszeliśmy jedynie dźwięk tysięcy dzwoneczków zawieszonych na szczytach stup. To bajkowe miejsce.

Stamtąd, poprzez pola, warzywne plantacje, maleńkie wsie, udaliśmy się do miejsca, gdzie zjedliśmy jeden z najlepszych posiłków w Birmie. Mała knajpka, położona wśród bananowców, na palach, z pięknym widokiem na jezioro. Zaledwie kilka stolików, parę osób i my. Siedzielismy urzeczeni tym miejscem, wspaniałą kuchnią, atmosferą i niezwykle miłymi, pogodnymi ludźmi , którymi bezprzecznie są Birmańczycy. To właśnie tam pokochaliśmy i można powiedzieć wręcz uzależniliśmy się od przepysznych birmańskich sałatek, pomidorowej i awokado, podawanych w specjalnym sosie, z pokruszonymi orzeszkami, sokiem z limonki i kolendrą.
Do tego kieliszek zimnego, orzeźwiającego białego wina z pobliskiej winnicy - Red Mountain Estate. A wine of Myanmar. Zaskakujące przeżycie. Kto mógłby sie spodziewać?

Ruszyliśmy w dalszą podróż. Nie obyło się bez wizyty w manufakturze, gdzie kobiety przy wielkich, drewnianych krosnach wytwarzały piękne materiały z jedwabiu, bawelny, lotosu.

Odwiedziliśmy też jeden z tradycyjnych targów. Targ Ywama, uchodził za mocno turystyczne miejsce ( opinia z przewodnika), i obawialiśmy się, ze nie spełni naszych oczekiwań, a okazał się być strzałem w dziesiątkę.
Znaleźliśmy się tam już następnego dnia wczesnym rankiem, tuż po wschodzie słońca. Było jeszcze chłodno. Sprzedawców było już wielu, natomiast kupujących bardzo mało. Stopniowo zaczęli napływać i byli to wyłącznie lokalesi, którzy przybyli na targ po zwykłe zakupy. Kupowali mięso, świeże i suszone ryby, owoce, warzywa, kwiaty. Wszystkiego było pod dostatkiem, wybór był ogromny. Na miejscu, w malutkich punktach gastronomicznych, można było zjeść ciepły posiłek, napić się herbaty, a obok ze straganów kupić oryginalne, piękne pamiątki, biżuterię wyrabianą ręcznie przez tubylców.
Wbrew naszym obawom turystów było bardzo mało, a nieliczni zaczęli napływać dopiero wówczas, gdy my opuszczaliśmy już to klimatyczne miejsce.
Wizyta na malowniczym targu Ywama okazała się być świetnym pomysłem.

Pobyt nad jeziorem nie byłby kompletny bez obejrzenia zachodu słońca nad Inle. To również jest spektakl godny polecenia. Słońce, rozrzażone do czerwoności powoli znika za górami. Rybacy również pomału odpływają, a jezioro zaczyna spowijać ciemność. Kolejny dzień nad jeziorem dobiegł końca.

I tak dobiegł końca również nasz pobyt w tym pięknym miejscu.
Czy było warto? Z pewnością! Cały czas jestem pod ogromnym wrażeniem, a widoki znad Inle mam cały czas przed oczami.
Trwa ładowanie komentarzy...