O autorze
Jak ja bardzo lubię podróżować! Lubię wyjazdy, przeróżne, ale kocham powroty. Powroty do domu. Bo na szczęście zawsze mam do czego i kogo wracać. A to jest najważniejsze. Rodzina, dzieci, szczęśliwy dom. Jeszcze kilka lat temu powiedziałabym, Boże, jaki banał! Teraz tak nie myślę, po prostu wiem, ze tak jest - i już.
Podróże kocham. Myślę, że i pod tym względem mam wiele szczęścia. Jeżdżę od lat, we wspaniałe miejsca, ze wspaniałymi ludźmi - rodziną i przyjaciółmi. Planujemy wspólnie, spieramy się, dyskutujemy, wybieramy kolejne miejsca, szukamy biletów, przeglądamy hotele. Uwielbiam to.
Wspaniale jest mieć możliwość pokazywania świata swoim dzieciom. Podróżowaliśmy po wielu krajach, bliższych i dalszych. Pokochaliśmy dalekie podróże. Wspaniałe, niezapomniane Indie, niesamowite Zjednoczone Emiraty Arabskie, cudowny Wietnam, a przed chwilą Birma i Tajlandia. Podróż magiczna. Oby było ich jak najwięcej!

Naypyidaw - miasto widmo

Fot. Anna Myrcha
O świcie wyruszyliśmy z Rangunu. Celem naszej podróży było jezioro Inle.

Mieliśmy do przejechania około 600 km. Wydawałoby się, że w 8 -9 godzin dojedziemy na miejsce. Nic bardziej mylnego. Drogi w Birmie są bardzo kiepskiej jakości, ponadto trasa naszej podróży prowadziła przez góry. Może nie najwyższe, ale jak się później okazało, droga położona malowniczo, wiła się wśród wzgórz, tuż nad przepaścią. W dodatku spore jej odcinki były remontowane, przebudowywane. Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, remonty te przeprowadzane były głównie przez kobiety.

To właśnie kobiety nosiły wielkie kamienie, równały nawierzchnię, pchały ciężkie wózki. To nie był przypadek. Powtarzało się to wielokrotnie, na różnych odcinkach szosy oglądaliśmy ciężko pracujące panie. Żar lał się z nieba, a one, okutane chustami, w kapeluszach, turbanach na głowie, o pogodnym wyrazie twarzy pracowały niezwykle ciężko.

Tego wszystkiego jednak na początku podróży nie byliśmy jeszcze świadomi. Nasz kierowca- przewodnik bardzo słabo władał angielskim, ale na pytanie jak długo będziemy jechać odpowiedział - "12 houres", a my uważaliśmy, że jednak przesadza.

Cieszyliśmy się na tę podróż. Rozważaliśmy różne jej warianty. Samolot, pociąg, bus, jednak po zastanowieniu zdecydowaliśmy się wynająć bus z kierowcą. Chcieliśmy mieć swobodę, możliwość wyboru trasy, szansę na obejrzenie różnych atrakcji po drodze. Zorganizowane środki transportu tego by nam nie zapewniły. Pomimo, że samolot byłby dużo szybszym środkiem transportu, to jednak możliwość posiadania własnego samochodu i wszystkich płynących z tego korzyści przeważyła. Autobusy rejsowe jadą konkretną, z góry ustaloną trasą, a my zaplanowaliśmy, że nieco zboczymy z drogi i obejrzymy stolicę Myanmaru - Naypidaw - co znaczy "Siedziba królów". Miasto, o którym krążyły dziwne opowieści. Byliśmy bardzo ciekawi i chcieliśmy na własne oczy zobaczyć, ile prawdy jest w tych opowiadaniach.

Poza tym, oglądanie kraju przez okno mknącego samochodu to wielka przyjemność. Przejeżdżaliśmy przez maleńkie wsie, nieduże miasteczka, zatrzymywaliśmy się w różnych ciekawych miejscach, jedliśmy w przydrożnych barach. Obserwowaliśmy ludzi, ich zajęcia, zwyczaje. Stanowiliśmy dla nich większą atrakcję niż oni dla nas. Na postojach podchodziły do nas dzieci, uśmiechały się, machały, chętnie pozowały do zdjęć. Ludzie w Birmie są pogodni, życzliwi. Mimo, ze żyją bardzo biednie, to pogoda ducha ich nie opuszcza.

Nasza "elegancka", dziesięcioosobowa Toyota sunęła niespiesznie po szosie, a my postanowiliśmy odświeżyć sobie kilka faktów z najnowszej historii Birmy.

Zafascynowała nas historia przenosin stolicy Birmy z Rangunu do Naypyidaw.
Jego budowa rozpoczęła się wiele lat temu w ścisłej tajemnicy i trwa do tej pory. Rządząca krajem junta wojskowa zdecydowała o przeniesieniu stolicy z Rangunu na opustoszałą równinę, leżącą ponad 300 kilometrów na północ od dotychczasowej stolicy. Nastąpiło to w listopadzie 2005 roku, a dokładnie 6 listopada o 6.37 rano. Czas został ustalony przez astrologów. Pięć dni pózniej - 11.11 o 11 dyktator wydał urzędnikom nakaz opuszczenia Rangunu i wyjazdu do nowej stolicy, miasta, które właściwie jeszcze ńie istniało, miasta pośrodku niczego.

Nowa stolica położona jest w centrum kraju z dała od jakichkolwiek skupisk ludzkich. O planowanych przenosinach do nowej stolicy nie był informowany nikt, ani społeczeństwo, ani nawet członkowie rządu, którzy o nakazie przeniesienia do nowego miasta dowiedzieli się tuż przed przeprowadzka. Nie mieli wyboru. Przeprowadzka była obowiązkowa i miała nastąpić w ściśle określonym terminie. Ci, którzy odmówili, zostali osadzeni w więzieniu.

Jakież musiało być zdziwienie i przerażenie urzędników, którzy w nowym miejscu zamieszkania zobaczyli właściwie tylko pustkę. W Naypyidaw nie było szkół, szpitali, żadnej miejskiej infrastruktury. Miasto praktycznie nie istniało poza budynkami rządowymi odgrodzonymi od reszty świata wysokim ogrodzeniem, mostami zwodzonymi i fosą. Urzędnicy zmuszeni do zmiany zamieszkania, przenieśli się do Naypyidaw sami, pozostawiając w Rangunie rodziny. Dopiero po około 3 latach, gdy powstała jako taka infrastruktura, pierwsze rodziny zawitały w nowej stolicy.

Z ogromną ciekawością oglądaliśmy nieliczne zdjęcia tego surrealistycznego miasta i zastanawialiśmy się co się przez te kilka lat zmieniło. Czy nadal Naypyidaw wygląda tak jak to opisywano, czy może już rozrosło się?

Po kilku godzinach jazdy zaczęliśmy zbliżać się do stolicy. Powoli krajobraz zmieniał się. Szosa stawała się coraz szersza, choć wyboista, źle wyprofilowana, to była zdecydowanie okazalsza.

Co chwilę przejeżdżaliśmy przez ogromne, pięknie utrzymane ronda, obsadzone kwiatami, równo przystrzyżonymi krzewami. Na środku każdego z nich umieszczono jakąś rzeźbę, pomnik. A to gigantyczny kwiat lotosu, a to popiersie jakiegoś generała. Wzdłuż drogi można było zauważyć wspaniałe parki. Zielone trawniki, klomby, morze kwiatów. Wszystko bardzo zadbane, zielone. Jednak w oczy rzucało się jedno, całkowity brak ludzi. Nikt nie korzystał z tych parków, nie przechadzał się po zamiecionych alejkach. Wokół nie było żywego ducha. Jedynymi osobami, które udało nam się dostrzec było dwóch czy trzech pracowników nieśpiesznie zamiatających chodniki, pielących grządki z kwiatami. Widok był niesamowity.

Po chwili szosa zaczęła się jeszcze poszerzać. Prawie całkowicie puste, już i tak szerokie ulice zmieniły się w gigantyczną, dziesięciopasmową, betonową autostradę. Widok był tak niesamowity, że aż zapierało dech w piersiach. Mieliśmy wrażenie, ze znajdujemy się w jakiejś grze komputerowej, albo po prostu zapadliśmy w sen i za chwilę nastąpi przebudzenie. Nic takiego jednak się nie stało. Jechaliśmy dalej, a krajobraz wokół nas niewiele się zmieniał. Praktycznie byliśmy sami na tej gigantycznej autostradzie. Z rzadka mijał nas jakiś rozklekotany samochód, albo motor, było absolutnie pusto.

Natomiast wzdłuż autostrady spostrzegliśmy dużą ilość hoteli. Dosłownie co kilkadziesiąt metrów, po obu stronach szosy zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu budynki. Większość z nich, otoczona zielenią, drzewami, była już wykończona, niektóre jeszcze w trakcie budowy, ale już prawie gotowe. Ogromne, okazałe budynki, niektóre naprawdę duże, wielopiętrowe, rozłożyste. Łączyła je jedna rzecz- wszystkie były absolutnie puste! Wokół była jedynie pustka, brak jakichkolwiek oznak życia, żadnych pojazdów, samochodów, całkowity bezruch. Czasem, gdzieś w oddali można było zauważyć jadący poboczem wóz zaprzęgnięty w woły, idącego człowieka w słomianym kapeluszu i to wszystko. Hotele były puste. Nikt w nich nie mieszkał, bo i kto miałby to robić? Turyści z rzadka odwiedzają Naypyidaw, bo właściwie nie ma tu nic do zobaczenia. Tu właściwie nie ma miasta. Jest ponoć zoo, do którego się nie udaliśmy, jest też świątynia buddyjska, wybudowana na wzgórzu. Kopia słynnego Shwedagonu z Rangunu, która postanowiliśmy zobaczyć.


Po chwili znaleźliśmy się pod świątynią. Rzeczywiście stupa do złudzenia przypominała oryginał. Jeszcze nie całkiem wykończona kopuła lśniła z daleka. Prowadzą do niej długie schody. Wokół stupy nie ma pięknego kompleksu świątynnego jak wokół Shwedagonu, jednak i ta świątynia robi wrażenie. Otoczona marmurowym dziedzińcem wyglądała okazale. Można było wejść do środka świątyni. Wewnątrz znajdowały się podobizny Buddy, wokół siedzieli wierni, których nie było zbyt wielu.

Byliśmy jedynymi turystami. Wzbudzaliśmy zainteresowanie, a może nawet zdziwienie przechadzając się wokół świątyni.

U jej podnóża rozłożył sie mały bazarek, gdzie można było kupic napoje, drobne pamiątki, czy też dary dla Buddy- kwiaty, świeczki. Vis a vis świątyni zobaczyliśmy dużą zagrodę, w ktorej przebywały białe słonie. Smutny to był widok. Przykute łańcuchami, niczym więźniowie, stały ze spuszczonymi trąbami.

Obwieszczenie o pojmaniu tych rzadkich zwierząt nie przypadkiem zbiegło sie z przenosinami stolicy do Naypyidaw. W kulturze birmańskiej biały słoń jest świety, symbolizuje pokój i dobrobyt. Uważa sie go też, co w tym przypadku jest ważne, za inkarnację poprzedniego władcy.

Ruszyliśmy w dalszą drogę. Chcieliśmy zobaczyć Parlament oraz kompleks budynków rządowych.

Po kilku minutach jazdy, niezmiennie pustą autostradą, dojechaliśmy na miejsce. Tak jak czytaliśmy, budynki znajdowały się za wysokim, kutym ogrodzeniem. Przy wysokiej bramie znajdowały się stanowiska strażników, którzy zobaczywszy nas, po chwili wyszli na zewnątrz i przyglądali nam się z zainteresowaniem.

Budynki były bardzo okazałe. Od bramy, prowadziła do nich szeroka droga. W oddali zobaczyliśmy most. Było zupełnie pusto. Również i tu niedostrzeglismy ani jednego człowieka, poza strażnikami. Nie było samochodów, żadnego ruchu.
Rozglądając sie po okolicy, patrząc na ogromną, pustą autostradę, budynki- widma, mozna było odnieść wrażenie, że to krajobraz po wybuchu bomby neutronowej. Nigdy wcześniej nie odniosłam takiego wrażenia. To było cos naprawdę niesamowitego.

Postanowiłam zrobić zdjęcie tej surrealistycznej budowli. A nie było to takie proste. Wysokie ogrodzenie skutecznie to utrudniało. Było gorąco, żar lał sie z nieba. Chciałam podejść blisko ogrodzenia i zrobić zdjęcie. Okazało się, ze tuż przed nim wykopano spory rów. Cóż, przesadziłam go i znalazłam sie tuż przy ogrodzeniu. Przełożyłam rękę z aparatem na druga stronę i zaczęłam robić zdjęcia. Zainteresowało to strażników, którzy zaczęli ciekawie spoglądać w moja stronę. Ja jednak, nie zrażona, pstrykałam zdjęcia jedno po drugim. Po chwili, usatysfakcjonowana tym, co udało mi się zrobic, wróciłam na szosę.

Dopiero po kilku dniach, w książce Emmy Larkin - "Spustoszenie", przeczytałam, ze zaledwie kilka lat temu grupa dziennikarzy birmańskich została aresztowana i osadzona w więzieniu za fotografowanie budynków rządowych. Myśle, że te czasy mamy juz za sobą, ale nie miłe uczucie pozostało....

Zaczęłam zastanawiać się nad koncepcją miasta i doszłam do wniosku, że właściwie stolicę trudno nawet nazwać miastem, a jakiejkolwiek koncepcji architektonicznej po prostu tu brak. A może jeszcze nie została zrealizowana? Trudno powiedzieć. Na razie stwierdziłam, że w Naypyidaw nie ma centrum, nie istnieje żaden centralny plac, ani punkt. Jest część hotelowa, rządowa, osiedle pracownikow rządowych. Co kilkaset, kilkadziesiąt metrów wyrasta z ziemi hotel, można zauważyć jakieś dziwne centrum handlowe. w tym wszystkim jakiejś spójnošci. Właściwie nigdzie nie dostrzegliśmy zwykłych osiedli, domów mieszkalnych, gdzie żyliby zwykli ludzie. Nie mam pojęcia gdzie były ich domy. Moze gdzieś poza Naypyidaw, na obrzeżach miasta? Nie było też nigdzie szkół, szpitali, tego wszystkiego co tradycyjnie znajduje sie w mieście.

Wiem natomiast, ze w Naypyidaw znajduje się piękne, pełnowymiarowe pole golfowe. Widzieliśmy je z okna naszego busa. Również na nim nie było żywej duszy. Może czasem korzystają z niego dygnitarze, może zapraszani są do gry w golfa zagraniczni goście, konntrahenci. Nie wiem, tak jak nie wiem i nie rozumiem wielu rzeczy dotyczących tego dziwnego miasta.

Cały czas zastanawiam się jak to możliwe, że jedno z najbiedniejszych państw w tym rejonie ( zaraz po Afganistanie) wydało tak gigantyczne pieniądze na coś tak bezsensownego z punktu widzenia obywateli. Wydało i wydaje dalej.

Ale nie żałuję, że zdecydowaliśmy się zboczyć z trasy i poświęcić kilka godzin na obejrzenie Naypyidaw. Miasta-widma.

Nasza wizyta w stolicy dobiegła końca. Oszołomieni, wróciliśmy na szosę​ prowadząca do celu naszej podróży, czyli nad jezioro Inle. Kolejny rarytas w Birmie.
Trwa ładowanie komentarzy...